Wyświetlono posty wyszukane dla frazy: slowa i swiat kl 6 scenariusze lekcji

Czym są dla Was święta Bożego Narodzenia?

U mnie to jest bardziej symboliczne - dlaczego , ponieważ jest kłopot z ludźmi dojezdnymi. pewnie się dziwicie , że do takiej dziury jeszcze dojeżdza sie do szkoły eh . tzn takie osoby wieczorkiem nie miałyby jak wrócić. Dlatego robimy to w czasie lekcji. Ja to lubię, ponieważ to chyba jedyny dzień w roku, gdzie wszyscy są dla siebie mili..No może prócz dnia zakończenia klasy, wtedy też wszytskim udzielają się dobre humory. Jednak to też nie jest takie super, bo niektórzy zycza Ci samych pomyślności, ale niektóre z nich są nieszczere i są ludzie, którzy klepią zyczenia, żeby je mówić, a to generalnienie jest zyczenie, tylko puste słowa wypowiedziane na wiatr.

Gytha w zasadzie źle to ujęłam. To jest przeedstawienie świąteczne. Nie ma tradycyjnego żłobka etc, bo to jest już tak oklepane, że każdy by zasnął na tym. Rzuciłam pomysłem, aby one ukazywały taką głębszą treśc, tzn, ze świetą to czas dobroci, jednoczenia się i pomocy innym. Kolega zrobił to na zasadzie dwóch aniołow, którzy chcą się dostać do nieba (tzn. napisał scenariusz), ale najpierw muszą zejśc na ziemię i pomóc ludziom. Moja wychowawczyni uparła się aby był tam wątek UE, więc owe anioły podróżują do Anglii, Polski i Niemiec (dlatego do tych, bo najłwtiej można było muzę skołowac jako tło ) he. Ogólnie to jest zabawne, a nie takie smęty, złobek i te sprawy. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Mi się generalnie nie podobał pomysł, aby moja klasa to przygotowywała , bo mama dośc zgraną ekipę i woliby robić jakieś beki na apelach, niż o takim podniosłym tonie.

3majcie sie, jutro zdam relację.

Pozdro for all .

 » 

Telepathy Shoujo Ran



Info

odcinki 26 x 25 min - łącznie 650 min
przypisania nadprzyrodzone, tajemnica
animacja Tokyo Movie Shinsha (TMS Entertainmen



Opis

Ran jest sympatyczną nastolatką, optymistycznie nastawioną do świata, która właśnie rozpoczęła naukę w gimnazjum. Od dzieciństwa przyjaźni się z Ruim, miłym chłopcem, uczęszczającym do tej samej klasy, któremu zawsze może się zwierzyć, kiedy ma jakiś problem. Ma bardzo sympatyczną rodzinę, dbającą o siebie nawzajem, na którą zawsze można liczyć. Pewnego dnia Ran zaczyna słyszeć głos, który mówi nieprzyjemnym tonem, że coś się niedługo zacznie... Dziewczyna początkowo uznaje to za halucynację, ale głos z uporem maniaka powraca. Ran przekonuje się, że ktoś wyraźnie ma wrogie zamiary wobec niej i jej otoczenia, kiedy osoba, do której należy głos, sprawia ból Ruiemu. Ran widzi ją przez ułamek sekundy, jednak ta po chwili znika...

Okazuje się, że wrogiem Ran jest nowa uczennica z jej klasy, Midori, która już na pierwszej lekcji prowokuje Ran. W silnym gniewie ujawniają się nadprzyrodzone zdolności naszej bohaterki. Potrafi ciskać przedmiotami, nie dotykając ich, zaczyna też słyszeć myśli wszystkich w pobliżu, potrafi rozmawiać bez słów z Midori. Tymczasem w mieście dochodzi do dziwnych przypadków ataku psów na ludzi. Czyżby miało to coś wspólnego z nową uczennicą gimnazjum?

Wreszcie anime, które nie zawiera fanservice’u, atrybutów moe i wielkich biustów. Wreszcie normalna dziewczyna z normalną rodziną. Za przeczuciem spojrzałem, która stacja emituje serial. Tak jest, to NHK. Chyba jedyna stacja, która nie wciska swym widzom komercyjnego kitu. Oczywiście ktoś może zarzucić, że nic oryginalnego w serialu nie znajdziemy. Esperzy w anime istnieją od kilkudziesięciu lat, tu nic nowego nie uda się wymyślić, ale można napisać porządny scenariusz i odpowiednio zadbać o każdy aspekt produkcji, aby stworzyć coś stosunkowo ciekawego i wciągającego. Mogę sobie gdybać, ale wydaje mi się, że Ran i jej niedobra koleżanka, będą za jakiś czas działać razem i zaczną rozgryzać jakąś większą tajemniczą aferę. Dodam tylko, że już w trzecim odcinku Ran będzie musiała odnaleźć i uwolnić przyjaciół. Akcja rusza więc z kopyta i nie zapowiada serialu w przewadze epizodycznego. Coś mi mówi, że będzie on podobny w budowie do „Dennō Coil” i będzie zawierał pewien ładunek pozytywnych wartości wychowawczych, co mam nadzieje nie będzie kolidować z ciekawym rozwojem fabuły i klimatem serialu, podobnie jak udało się to w „Dennō Coil”.

Wykonanie jest solidne, animacja cały czas trzyma równy poziom, daje to bardzo stabilny jakościowo obraz, bez żadnych atrakcji efekciarskich, ale i bez wyraźnie dostrzegalnej lazy animaton, co powoduje wrażenie solidnego serialu sprzed ery komputerowej. Scenografie i tła stoją na solidnym poziomie, nie oszczędza się tu na szczegółach, a kolorystyka jest bardzo przyjemna. Cóż mogę napisać więcej? Liczę, że serial rzeczywiście okaże się na tyle miły, aby dać wytchnienie od moe i fanservice. Anime roku „Telepathy Girl” na pewno nie zostanie, ale myślę, że dostarczy uczciwej rozrywki.



Wiecej na Azunime

Dane techniczne

wszelkie info w nazwach w linkach



Linki

beda jutro

Ćwiczymy mózg - projekt edukacyjny Mamo, Tato już wiem jak główka pracuje (c.d.)

Uczyć się intensywnie i często na pamięć zdarzało się każdemu. Tylko niektórym nauka przychodzi z łatwością, a pozostali muszą spędzać długie godziny nad książkami. Dlaczego tak się dzieje?

Zapraszamy do zapoznania się z kolejną porcją informacji na temat projekt edukacyjnego „Mamo, Tato już wiem jak główka pracuje”, który według autorów ma stanowić odpowiedź na problemy z nauka. Projekt ten ma na celu podniesienie poziomu wiedzy dzieci, nauczycieli i rodziców o technikach wspomagających naukę. Obejmie on 600 szkół, 3600 klas I - III czyli ok. 90 000 dzieci. Program zostanie przeprowadzony jesienią 2008 roku w 15 miastach Polski (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk, Szczecin, Katowice, Łódź, Toruń, Bydgoszcz, Lublin, Rzeszów, Białystok, Częstochowa, Kielce) i trwać będzie do końca roku.

Każda klasa otrzyma komplet materiałów dydaktycznych, na które się składają:

Scenariusze lekcji dla nauczyciela.

Zeszyt ćwiczeń dla uczniów, w którym dzieci poznają techniki pamięciowe, ćwiczą koncentrację oraz poznają podstawy kinezjologii.

Poradnik dla Rodziców, który opisuje program, w którym wzięło udział dziecko, oraz proponuje kontynuację nauki w domu. Dzięki poradnikowi rodzic może sprawdzić, jakie umiejętności zdobyło dziecko w szkole. Wspólna zabawa umożliwi dziecku utrwalenie wiedzy, a rodzicom pokaże, że te umiejętności im również mogą być przydatne w pracy i życiu codziennym.

Uzupełnieniem programu przeprowadzanego w szkole jest serwis internetowy www.edziecko.pl/glowkapracuje, gdzie można znaleźć pomoce dydaktyczne i uzupełnić wiedzę z zakresu technik efektywnej nauki.

Program „Mamo, Tato już wiem jak główka pracuje” jest niezwykle ciekawą propozycją dla każdego nauczyciela klas I – III. Daje nie tylko możliwość przeprowadzenia atrakcyjnych zajęć w oparciu o nowoczesne metody uczenia się, ale również pozwala na urozmaicenie lekcji.

Żeby wprowadzić materiał dydaktyczny w sposób kreatywny i nowatorski niezbędne jest zaangażowanie uczniów w proces uczenia się, stworzenie atmosfery twórczej i radosnej edukacji.

W poszczególnych modułach uczestnicy programu poznają propozycje ćwiczeń do wykonania w szkole, jak również takie, które dziecko może zrealizować z rodzicami w domu.

Nauczyciele mogą przeprowadzić lekcje według scenariusza, co pozwoli zrealizować program w sposób ciekawy, logiczny i spójny. Materiały są przygotowane tak, że umożliwiają wprowadzenie dzieci w stan optymalnej aktywności umysłowej. Dzieci poznają techniki pamięciowe, które potem można wykorzystać do nauczenia konkretnych treści programowych. Dzięki temu programowi uczniowie będą lepiej i szybciej się uczyć, a nauczyciel będzie mógł prowadzić zajęcia w sposób twórczy i aktywny.
Na początku zajęć zaleca się wprowadzenie rozgrzewki, która zwykle składa się z rozruchu – najczęściej są to ćwiczenia z kinezjologii edukacyjnej, elementy relaksu, ćwiczenia wprowadzające mózg w stan synchronicznej pracy. Przed rozgrzewką wskazane jest, aby dzieci napiły się trochę czystej niegazowanej wody w celu nawodnienia komórek nerwowych.
Po rozruchu można zacząć ćwiczenia na koncentrację oraz zagadki i rebusy. Ponieważ bardzo ważną umiejętnością, której uczą się dzieci, jest czytanie, dlatego wprowadzane są ćwiczenia, które pozwolą lepiej przygotować je do tego zadania. Najczęściej są to ćwiczenia oczu - poszerzające pole widzenia, rozluźniające gałkę oczną. Ćwiczenia te są bardzo ważne, ponieważ wiele dzieci poświęca dużo czasu na gry komputerowe i oglądanie telewizji. To powoduje napięcie oka, a w rezultacie ból w czasie czytania - stąd problemy z czytaniem.
Do tematu głównego wprowadza dzieci zawsze bajka. Główny bohater pomaga swoim kolegom uporać się z trudnościami, które napotykają w szkole. Bajka pozwala nie tylko wprowadzić główne zagadnienie, ale uczy również słuchania ze zrozumieniem, koncentracji, a także rozwija wyobraźnię i wpływa na procesy pamięciowe.
Temat główny dotyczy zwykle poznania jakiejś metody, która ułatwia uczenie się. Dzieci poznają i nauczą się robić Mapy Myśli – jest to nowoczesne narzędzie, które ułatwia: notowanie, generowanie pomysłów, planowanie, itp.
Program ten pozwala również wprowadzić dzieci w świat technik pamięciowych – metody te ułatwiają zapamiętywanie informacji w sposób aktywny, twórczy i radosny. Dzieci poznają: Łańcuchową Metodę Zapamiętywania, Technikę Słów Zastępczych, Zakładki Obrazkowe, Zakładkową Metodę Zapamiętywania. Dzięki nim dziecko będzie szybciej przyswajało nowe treści, a w konsekwencji wzrośnie u niego poczucie własnej wartości i przekonanie, że uczenie się jest łatwe, daje radość, a ono samo może zapamiętać potrzebne mu informacje.
Przy tych ćwiczeniach bardzo pomocne jest słuchanie dowolnej muzyki relaksacyjnej (np. odgłosów przyrody, albo muzyki klasycznej). Muzyka umożliwi synchronizację obu półkul mózgowych, wprowadzi mózg w stan kreatywnego uczenia się i stworzy nastrój, który wywołuje pozytywne emocje.
W projekt ten zaangażowani zostali również rodzice. Dzięki przygotowanemu dla nich „Poradnikowi” poznają zagadnienia, których uczą się ich dzieci na zajęciach. To pozwoli aktywnie uczestniczyć w procesie dydaktycznym, prowadzonym w szkole. Proponowane „Zadania rodzinne” składają się z dwóch części. Część pierwsza odwołuje się do materiału poznanego na zajęciach, część druga to eksperymenty. Celem zadań rodzinnych jest wspólne spędzanie czasu z dzieckiem na przyjemnej, pożytecznej i edukacyjnej zabawie.
Na stronie WWW.edziecko.pl/glowkapracuje zamieszczone są artykuły, przykładowe ćwiczenia oraz filmy instruktażowe z lekcji. Ponadto działa forum z ekspertem, na którym można porozmawiać z panią Jagodą Wąsowską – ekspertem w zakresie metod efektywnego uczenia się i trenerką Szybkiego Czytania i Technik Pamięciowych. Forum daje możliwość wymiany spostrzeżeń i doświadczeń z innymi nauczycielami i rodzicami. Zarówno użytkownicy serwisu internetowego jak i uczestnicy programu przeprowadzanego w szkołach mogą wziąć udział w konkursach, w których do wygrania są atrakcyjne nagrody. Dzieci w szkołach przygotowują pracę plastyczną na temat „Co lubi mózg”. Najlepsze prace zostaną nagrodzone: dla nauczycieli przewidziano laptopy, a dla dzieci zestawy multimedialne. W drugim konkursie dostępnym na stronie serwisu www rodzice będą mieli do rozwiązania test sprawdzający ich wiedzę w zakresie funkcjonowania mózgu. Do wygrania dziesięć multimedialnych Globusów Małego Odkrywcy.
Projekt ten trafia w ogromną potrzebę społeczną jaką jest długa i nieefektywna nauka. Zajęcia w szkole pokaąż jak łatwo można zamienić długie wkuwanie na przyjemną i pożyteczną zabawę. Bo nauka jest zabawą i przygodą, a nie przykrym obowiązkiem. Dzięki pomocy Ministerstwa Edukacji Narodowej nauczyciele dostają świetne narzędzia do twórczej pracy z dziećmi, a dzięki sponsorowi programu – producentowi Kidabionu – materiały trafiają do nauczycieli, dzieci i rodziców bezpłatnie.

Program uzyskał wpis na listę środków dydaktycznych zalecanych do użytku szkolnego MEN oraz patronat Instytutu Badań Edukacyjnych.

Za opracowanie i realizację projektu odpowiada Agencja Kids’Lab.

Zawsze wierna czy mierna? Plusy i minusy polskiej wiary.

Zawsze wierna czy mierna? Plusy i minusy polskiej wiary

Jakie są mocne i słabe strony polskiej wiary dzisiaj (w tym: Kościoła katolickiego jako wspólnoty i jako instytucji)? Jakie widzę szanse i jakie zagrożenia dla rozwoju wiary Polaków w najbliższej przyszłości (zarówno wewnątrz wspólnoty wierzących, jak i w ogólnej sytuacji kulturowej)? Na takie pytania poszukiwali odpowiedzi członkowie Zespołu Laboratorium WIĘZI w ramach specjalnej ankiety, której podsumowanie tu przedstawiamy.

Posłużyliśmy się metodą techniki analitycznej SWOT. Polega ona na posegregowaniu posiadanych informacji na cztery grupy: S (Strengths) – mocne strony, W (Weaknesses) – słabe strony, O (Opportunities) – szanse, T (Threats) – zagrożenia. Analiza mocnych i słabych stron to diagnoza stanu obecnego. Refleksje nad szansami i zagrożeniami to prognoza przyszłości.

Większość członków Zespołu Laboratorium WIĘZI przesłała swoje wypowiedzi w formie krótkich odpowiedzi na kolejne pytania ankiety. Niektórzy zaprosili do udziału w ankiecie także zaprzyjaźnionych zaangażowanych chrześcijan, albo też prezentowali opinie będące wynikiem dyskusji w szerszym gronie w swoich społecznościach lokalnych. Inni członkowie Zespołu przesłali natomiast swoje obszerne wypowiedzi i artykuły dotyczące spraw będących przedmiotem raportu. Część opinii będzie cytowana poniżej indywidualnie, w większości jednak poniższe opracowanie ma charakter syntetyczny.

Mocne strony polskiej wiary

Najczęściej wymienianą pozytywną cechą wiary Polaków jest zakorzenienie w tradycji i kulturze. Wielkim skarbem polskiej wiary można nazwać kulturową oczywistość chrześcijaństwa, powszechność wpływów katolicyzmu. W Polsce nie trzeba – jak chociażby bezpośrednio za naszą zachodnią granicą, na ziemiach dotkniętych ateizacyjną polityką byłej NRD – wyjaśniać młodzieży podstawowej symboliki biblijnej w muzeach. „Nadzy kobieta i mężczyzna pod drzewem kojarzą się młodym Polakom z rajem, a nie z seksem” – pisze jeden z członków Zespołu.

„Tradycyjny charakter polskiej wiary bywa interpretowany dość płytko, nawet wyśmiewany, ale to ogromne bogactwo, ponieważ wiara, a w szczególności religijność, kształtuje się zawsze w jakiejś wspólnocie i przez tę wspólnotę jest przekazywana. Tradycyjny koloryt wiary – o ile nie wpadamy w «narodowe zadęcie» – pozwala głębiej wrosnąć w lokalny Kościół” – pisze s. Barbara Chyrowicz. Anna Karoń-Ostrowska wskazuje na tradycję obecności Kościoła w życiu narodu na kolejnych tragicznych zakrętach historii, która zostawiła pozytywny ślad w świadomości społecznej, oraz na pozytywną, wspierającą, opiekuńczą rolę kleru w społeczeństwie polskim.

W wielu wypowiedziach ankietowych podkreślano także silny związek wiary z pobożnością. Bardzo mocną stroną polskiej religijności – zwłaszcza w porównaniu z krajami sąsiednimi i całym kontynentem europejskim – jest żywa tradycja Mszy niedzielnej. Polskie kościoły, zwłaszcza dla przybysza z zagranicy, robią wrażenie pełnych, czasem nawet przepełnionych. Monika Waluś zwraca uwagę, że wśród osób wypełniających polskie kościoły większość to kobiety i dzieci. Jej zdaniem, dzięki oparciu na tradycji, uczuciach, rodzinie i kobietach – wiara Polaków ma również silne odwołanie do codzienności życia.

Godny podkreślenia jest też fakt, że żywa pozostaje w polskim katolicyzmie tradycja Mszy codziennej, która nawet ostatnio – za sprawą ruchów młodzieżowych i wspólnot odnowy – odżywa, gdyż korzysta z niej regularnie więcej osób. Podobnie rozprzestrzenia się praktyka odmawiania brewiarza (a przynajmniej jego wybranych części) przez ludzi świeckich. Daje to mocne zakorzenienie osobistej modlitwy w modlitwie Kościoła. Cieszyć się mogą Polacy także z dużej liczby duchownych, a dzięki temu – dostępności sakramentów.

Niebagatelne znaczenie w tej dziedzinie ma (również często podkreślana) wysoka „popularność” sakramentu pojednania w Polsce. Kolejki do spowiedzi to dziś specyficznie polski fenomen. Niezależnie od wielu słabości związanych z praktyką tego sakramentu, zjawisko to oznacza, że świadomość osobistej grzeszności jest wśród Polaków wyraźnie obecna – co jest istotne, bo bez uznania własnego grzechu trudno o świadome przyjęcie Dobrej Nowiny o odkupieniu… Coraz łatwiej można obecnie znaleźć duszpasterzy gotowych do pogłębionej spowiedzi czy kierownictwa duchowego.

Na silny wciąż ludowy charakter polskiej wiary wskazywali różni uczestnicy ankiety. Piotr Wojciechowski pisał: „zasób wiary ludowej ciągle jeszcze jest wielki, fundament mocny – a składa się nań nie tylko to, co w ludziach (sumienia, wiedza, pamięć, nawyki, obyczaje, postawy egzystencjalne), ale także materialna otoczka: od palmy za obrazem i modlitewnika po babce, od kantyczki i różańca w szufladzie – po kapliczki, cmentarze, kościoły, gmachy klasztorów i katedry”.

Również Józef Majewski uznał ludowy charakter wiary „zwykłych” wiernych za „bardzo mocną, jeśli nie za najmocniejszą, stronę polskiej wiary, nawet jeśli czasem miałaby się ona ocierać o zabobon, magiczność”. Majewski rozumie ludowość jako realizm wiary, tj. „doświadczalne”, niejako „cielesne” czy „zmysłowe” przeżywanie wiary. Jak podkreśla, w tym nurcie intelektualna płytkość wiary często równoważona jest autentycznym doświadczaniem tego, co transcendentne i święte. W polskich realiach przejawia się to choćby poprzez masową wiarę w obecność Maryi w świętych obrazach, „wiarę” w figury świętych, nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego, pielgrzymki do miejsc świętych, święte źródełka, silne przeżywanie więzi ze zmarłymi, „wiarę” w relikwie, poczucie grzeszności, swoisty kult papieża. W ludowości mieści się także – jakże ewangeliczne – zrozumienie i wyrozumiałość dla ludzkich słabości i grzeszności, może szczególnie w odniesieniu do księży.

Wskazywano też na nowoczesne wersje pobożności ludowej. Wedle niektórych w takich kategoriach można np. interpretować spotkania nad Lednicą. Tego typu wydarzenia religijne (a przykłady można by mnożyć) dowodzą, że w Polsce istnieje potencjał ludzkiej gotowości do pozytywnej odpowiedzi na zaproszenie do zbiorowego przeżywania wiary.

Inaczej określił to Jerzy Sosnowski, który wśród mocnych stron polskiej wiary na pierwszym miejscu wskazywał „silne osadzenie katolicyzmu w rodzimej odmianie kultury masowej (nie ludowej: z tą właściwie dziś się już nie spotykamy), co w pewnej mierze uodparnia go na działanie toksyn materializmu praktycznego kultury masowej w jej odmianie globalnej”. Ten sam autor podkreślał także powszechną znajomość różańca, będącego specyficznie chrześcijańską modlitwą kontemplacyjną, oraz „urodę wielu specyficznie polskich pieśni i nabożeństw (pieśni wielkopostne, kolędy; nabożeństwa gorzkich żalów i drogi krzyżowej)”. W podobnym duchu o. Michał Paluch wymieniał coraz silniejszy akcent kładziony w polskiej pobożności na miłosierdzie (św. Faustyna i Łagiewniki).

Z ludowym charakterem wiary wiąże się też zaleta, jaką podkreślili Daria i Józef Majewscy: „kościelność mimo wszystko” – poczucie związku z Kościołem, nawet pomimo grzeszności i słabości duszpasterzy, pomimo niezrozumiałości takich czy innych decyzji hierarchii (np. przeniesienie ukochanego księdza do innej parafii), pomimo niejasności finansowej parafii. Pomimo narzekania na Kościół, pomimo tradycji spontanicznego oddolnego antyklerykalizmu – Polacy i tak będą chodzić do kościoła.

Mało tego – dla wielu Polaków Kościół jest istotnym punktem odniesienia. Wiara i jej zewnętrzny wyraz – czyli Kościół – są po prostu ważne w ich życiu. Coraz częściej również ludzie młodego i średniego pokolenia – niezadowoleni z typowej oferty duszpasterskiej, organizują się, „biorą sprawy w swoje ręce”, zapraszają duszpasterza do pomocy (Kościół jako wspólnota). Również w wymiarze społecznym Kościół (jako instytucja) odgrywa znaczącą rolę w wielu debatach społecznych. Nawet jeśli dzieje się to w atmosferze krytyki – owocuje to silną obecnością tematyki religijnej w dyskursie publicznym. Większość Polaków darzy Kościół szacunkiem i zaufaniem.

O silnej pozycji religii i Kościoła świadczy także obecność tematyki religijnej w polskich mediach świeckich. Zarówno prasa, jak i media elektroniczne (także poważne media prywatne) często i zazwyczaj rzeczowo informują o wydarzeniach z życia Kościoła. Dyskusje o roli Kościoła, jakie się w mediach odbywają, nawet jeśli są niesprawiedliwie krytyczne, pokazują, jak ważna jest ta tematyka dla Polaków. Znaczącym pozytywnym faktem są także media katolickie – z ich rosnącą różnorodnością, a zarazem wzrastającym profesjonalizmem. Fenomenem godnym pochwał jest także aktywna obecność katolików w internecie – zarówno poprzez duże portale, jak i drobne inicjatywy.

Ważną pozytywną cechą współczesnej polskiej religijności jest – jak to sformułował Piotr M.A. Cywiński – dostępność indywidualnych form życia duchowego. Chodzi o różne ruchy i wspólnoty, liczne formy rekolekcji, centra duchowości, ośrodki formacyjne. Osoby poszukujące głębszego życia duchowego coraz częściej mogą odnaleźć odpowiednie propozycje w Kościele, nie muszą odwoływać się do buddyzmu.

Wyraźnie jest to owoc rozwoju, jaki nastąpił w ostatnich 40 latach, po II Soborze Watykańskim. Sławomir Żurek podkreśla, że okres ten można nazwać wiosną Kościoła w Polsce: „Mam tu na myśli przede wszystkim odnowę Kościoła lokalnego – struktury parafii i form przeżywania liturgii poprzez nowe rzeczywistości wspólnotowe, takie jak neokatechumenat, oaza, Odnowa w Duchu Świętym, Foccolari, ruchy rodzinne i wiele innych. Rozkwit tego typu inicjatyw w Polsce – oraz ich stabilność – pozwalają wręcz mówić, zdaniem Żurka, że „atutem polskiej religijności jest jej otwartość na ducha Soboru Watykańskiego II”.

Wśród godnych dostrzeżenia inicjatyw duszpasterskich członkowie Zespołu wymieniali m.in.: istnienie „wzorcowych” czy „kultowych” parafii (często prowadzonych przez zakony), które inspirują swoją działalnością inne wspólnoty; działalność edukacyjną, społeczną, charytatywną i misyjną niektórych zakonów; żywe duszpasterstwa akademickie w miastach uniwersyteckich; rozbudowane duszpasterstwo młodzieżowe (chyba unikalne w skali europejskiej); obecność pewnej liczby wybitnych duszpasterzy (czasem obdarzonych dużą charyzmą) i teologów; nieliczne, ale znaczące inicjatywy w dziedzinie ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego.

Sławomir Sowiński stwierdził wręcz, że do mocnych stron polskiego życia religijnego należy „pluralizm i równowaga polskiego katolicyzmu, różnorodność oferty duszpasterskiej i duchowej – współegzystencja katolicyzmu ludowego i coraz silniejszego nurtu wiary świadomej i uwewnętrznionej, tradycyjnych parafialnych form duszpasterskich i nowych ruchów religijnych, a także wyraźny pluralizm w poglądach poszczególnych biskupów”.

Rzecz jasna, wśród mocnych stron wymieniano także zobowiązującą spuściznę Jana Pawła II. Religijność Karola Wojtyły opierała się na doświadczeniu polskości rozumianej „po jagiellońsku” – nie zaś monoetnicznie i monoreligijnie. Koncepcja Rzeczypospolitej wielu narodów, kultur i religii okazała się wręcz – napisał Sławomir Żurek – „najmocniejszą stroną polskiej religijności”. Stanowiła bowiem fundament ekumenicznej i międzyreligijnej aktywności Papieża-Polaka.

Inne jeszcze mocne strony polskiej wiary to: ofiarność – gotowość materialnego wspierania Kościoła, a także chęć do angażowania się w działania na rzecz Kościoła, zdolność do poświęceń połączona z żarliwością, zdrowy „duch bojaźni bożej” (jeśli Polak wierzy, to nie traktuje Boga jak „dobrego kumpla” – s. Barbara Chyrowicz).

Trafnym podsumowaniem obrazu mocnych stron polskiej wiary w opiniach członków Zespołu Laboratorium WIĘZI wydają się słowa Piotra Wojciechowskiego: „Pewne jest jedno – ciągle jeszcze jest z kim mówić o Bogu, są miejsca spotkania, żyje język takiego dyskursu”.

Słabe strony polskiej wiary

Paradoksalnie, zjawiska opisywane jako mocne strony polskiej wiary mają czasem także swoją „drugą stronę medalu” – na skutek tego mogą się pojawić w niniejszej analizie również wśród stron słabych. Mogą one również odgrywać znaczącą rolę w przyszłości – mogą zatem stać się szansą lub zagrożeniem (te problemy będą opisywane poniżej w trzeciej i czwartej części tekstu).

Wśród słabości polskiej wiary członkowie Laboratorium WIĘZI wymieniali wiele cech czy zjawisk. Najczęściej powtarzało się słowo: klerykalizm. Jego przejawy dostrzegano w różnych dziedzinach życia Kościoła. Silne utożsamienie przeciętnego polskiego katolika z Kościołem nie przekłada się bowiem na poczucie odpowiedzialności za tę wspólnotę. Wciąż pokutuje przekonanie, że Kościół to duchowni, „oni, a nie my”.

Innymi słowy, brakuje zaufania pomiędzy świeckimi a duchownymi. Ci pierwsi narzekają na proboszczów, którzy nie podejmują ich inicjatyw. Dla odmiany, paradoksalnie, wielu księży skarży się na bierność swoich parafian. Problemem jest więc, z jednej strony, nieumiejętność samoograniczenia się przez duchownych (zajmowanie się wszystkim w parafii), a z drugiej strony, dramatyczna eklezjalna bierność wielu świeckich (traktowanie parafii jako punktu zaspokajania potrzeb religijnych, bez wymagania czegokolwiek od siebie). To ostatnie zjawisko ma w Polsce skalę masową, gdyż większość parafian (nawet większość osób przyznających się do związku ze swoją parafią) nie odczuwa potrzeby wpływania na życie swojej wspólnoty religijnej.

Niestety, utożsamianie Kościoła z księżmi zdarza się jednak nadal nawet w języku Kościoła hierarchicznego – gdy np. biskupi mówią o „wewnętrznych sprawach Kościoła”, tj. takich, które powinny być omawiane wyłącznie w gronie „wtajemniczonych”, czytaj: duchownych. W praktyce klerykalizm przejawia się np. przez powszechne na polskich wydziałach teologicznych, przy zatrudnianiu pracowników naukowych, pierwszeństwo dla mniej zdolnych księży przed zdolniejszymi świeckimi.

Odpowiedzialność za wyjście z „zaklętego kręgu” braku zaufania między świeckimi a duchownymi spoczywa przede wszystkim na tych ostatnich – to oni bowiem sprawują w Kościele władzę, której w Polsce nikt nie chce ich pozbawiać. Niestety, zazwyczaj nie potrafią jednak dzielić się odpowiedzialnością. O. Piotr Jordan Śliwiński pisze: „Często działanie rad parafialnych ma charakter czysto formalny, a model współpracy duszpasterzy z wiernymi przypomina nie tyle współpracę, ile wyłącznie wykonywanie poleceń”. Niezrozumiałe, a nieraz wręcz oburzające są zwłaszcza przejawy zachowań „feudalnych” w Kościele: paternalistyczne traktowanie wiernych, lekceważący czy wręcz poniżający stosunek księży do zakonnic, brak rzeczowego dialogu czy wreszcie napuszona etykieta spotkań z hierarchami. Dziedzictwem czasów komunistycznej opresji jest także swoista „tajemniczość” Kościoła w Polsce – świeccy niewiele wiedzą o bolączkach i perspektywach Kościoła (ani duszpasterskich, ani finansowych). Skoro nie wiedzą, to jak mają być współodpowiedzialni?

Słabą stroną masowości i kulturowej oczywistości katolicyzmu w Polsce jest – związana z tymi cechami – bezrefleksyjność w wierze i liczne słabości intelektualne. Pomimo obecności i powszechności lekcji religii w szkole dostrzec można słaby poziom wiedzy religijnej. Niska jest w Polsce zarówno znajomość katechizmu, jak i zdolność refleksji nad wiarą. Wierzący Polacy nie potrafią powiązać wyznawanej wiary ze swoim codziennym życiem. Powoduje to narastanie rozziewu między wiarą a życiem. Maria Rogaczewska pisze o odczuwanym przez wielu młodych ludzi zatrzymaniu się Kościoła w „kapsule czasu” – proponowane przez Kościół formy życia coraz bardziej rozmijają się z realnym życiem ludzi oraz ich duchowymi potrzebami.

Brakuje w Polsce katechezy dla dorosłych. Piotr Czekierda zwraca uwagę na „nierównomierną formację serc i głów”. Nawet w duszpasterstwach akademickich wielu studentów poszukuje bardziej przeżyć religijnych niż refleksji nad swoim życiem jako powołaniem chrześcijańskim. W naszym Kościele mało jest dyskusji, czasem można odnieść wrażenie, że nie ma miejsca na wątpliwości. Stawianie pytań uchodzi często za przejaw buntu lub niedopuszczalnej krytyki Kościoła. Nieraz ciekawsze i głębsze bywają dyskusje o Kościele w mediach świeckich niż katolickich.

Tak kształtowana religijność pozostaje sentymentalna i infantylna u wielu osób, które są dojrzałe w innych wymiarach życia. Jak wyraziła się Monika Waluś, brakuje „dorosłej” wersji wiary: „brak racjonalnego przemyślenia uczuć, intelektualnej refleksji nad tradycją, odpowiedzialnego, a nie tylko marzycielsko-powinnościowego (czasem życzeniowego?) myślenia o rodzinie, traktowania młodych kobiet jako dorosłych ludzi, a nie tylko jako dziewcząt lub przyszłych matek”. Występuje też zjawisko pomieszania (przemijających) tradycji narodowych, lokalnych czy obyczajów z (niezmienną) Tradycją Kościoła.

Mimo wymienionych wcześniej zalet polskiego duszpasterstwa razi jednak niski poziom intelektualny wielu księży. Rzecz jasna, nie sposób tego ocenić procentowo, można jednak empirycznie. Jak pisze Jerzy Sosnowski, „sprawdziłem, że pójście na niedzielną Mszę do kościoła (poza wybranymi, znanymi mi świątyniami) niepokojąco często skazuje wiernego na wysłuchanie kazania w najlepszym razie nijakiego, a w najgorszym – skażonego prymitywizmem myślowym”. Inny uczestnik ankiety przypomniał sformułowanie o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego, że przyszły poziom polskiego duchowieństwa zależy od dwóch mebli: klęcznika i biurka, tj. od poziomu modlitewnego i intelektualnego zaangażowania. Polską słabością jest natomiast – wskazują Renata i Sławomir Sowińscy – brak poseminaryjnej formacji duchownych, zwłaszcza księży diecezjalnych. Po zakończeniu formacji „pod kloszem” w seminarium duchownym i po święceniach są oni często pozostawieni sami sobie.

Niewiele pomagają tu na razie wydziały teologiczne na uniwersytetach. Ich duchowni wykładowcy, o czym już była mowa, nie zawsze są dobierani na podstawie kompetencji. Często także nie mogą poświęcić się pracy naukowej, gdyż dodatkowo pracują duszpastersko, np. jako proboszczowie. Dobre wywiązywanie się z obu tak poważnych funkcji jest zaś bardzo trudne. Nic dziwnego, że do tej pory Kościół w Polsce nie doczekał się solidnych komentarzy do dokumentów II Soboru Watykańskiego. Nie ma też pomysłu (a często brakuje nawet woli) na korzystanie z wielkiego, unikalnego skarbu polskiego Kościoła, jakim są liczne rzesze świeckich kobiet i mężczyzn z wykształceniem teologicznym. Rodzi to niepotrzebne frustracje i problemy.

Znaczna część słabych stron polskiej wiary w opinii członków Zespołu Laboratorium WIĘZI wynika ze słabości Kościoła. Wskazano w ankiecie m.in. na przesadne moralizatorstwo. Troska o moralność i prezentacja wzorca życia godziwego należą oczywiście do podstawowych zadań Kościoła. Nie mogą jednak prowadzić do moralizatorstwa. W Polsce natomiast kościelna troska o moralność wydaje się silniejsza niż o duchowość. Przypomniano niedawną opinię nestora polskiej teologii, ks. Józefa Kudasiewicza:

Dla nas chrześcijaństwo ogranicza się do nakazów i zakazów. […] Mówimy ciągle wiernym, czego Bóg od nich żąda, natomiast nie uczymy ich o tym, czym ich Bóg obdarzył w Chrystusie, jedynym Zbawicielu. Więcej dobrego można wykrzesać z wiernych jednym dobrym kazaniem o Trójcy Świętej niż mówieniem cały rok o tym, czego Bóg żąda, np. od chrześcijańskich małżonków. Spłaszczyliśmy i spłyciliśmy chrześcijaństwo tylko do jednego wymiaru moralnego, a zgubiliśmy wymiar w głąb. To jest największa „herezja” Kościoła polskiego .

Uderza też oderwany od normalnego życia język, jakim posługują się duchowni, a w ślad za nimi wielu świeckich blisko związanych z Kościołem. Jest to zazwyczaj język napuszony, „nieziemski”, sztucznie hieratyczny, górnolotny, zniechęcający. Joanna Petry Mroczkowska jako filolog zwraca na to szczególną uwagę: „odgórny język duszpasterski jest z reguły nieznośny: pompatyczny, archaiczny, przesłodzony, ckliwy, niekonkretny, lubujący się we frazesach i moralizatorskich formułkach”. Jest to język jednostronnej komunikacji odgórnej.

Szukając we wnętrzu Kościoła źródeł tych problemów, Józef Majewski wskazuje przede wszystkim na liturgię: „Liturgia jest kluczowa dla Kościoła: jaka liturgia, taki Kościół”. Tymczasem w Polsce liturgia jest często zaniedbywana, sprawowana byle jak, powierzchownie. W praktyce nie widać, by dla wielu księży, na których w największym stopniu spoczywa odpowiedzialność za stan liturgii, była ona rzeczywistym „szczytem i źródłem” życia Kościoła. Poza wspólnotami ruchów odnowy i wybranymi parafiami brakuje też u nas właściwej formacji liturgicznej świeckich.

Ks. Andrzej Czaja stwierdza: „Kościół w Polsce jest ciągle zbytnio zajęty sobą, zanadto zainteresowany umacnianiem swych struktur i instytucji, a za mało człowiekiem. […] Wciąż za bardzo czekamy na człowieka (w kościele, zakrystii, kancelarii), a za mało jest odważnego wychodzenia doń, nie bacząc na utarte ścieżki i funkcjonujące stereotypy”. Według Sławomira Sowińskiego, zauważalny jest przerost „motywacji negatywnych w polskim katolicyzmie (lęk, strach, obawa, poczucie przymusu i obowiązku, życiowe nieszczęście) nad motywacjami pozytywnymi (spotkanie z miłującym Bogiem, więź oparta na wolności i zaufaniu, odkrywanie sensu życia)”.

Niepokojącym zjawiskiem jest utożsamianie katolicyzmu z polskością w rozumieniu endeckim. Polacy traktują czasem wiarę jako „dodatek do lekcji historii”, i to w wersji mocno uproszczonej. Niewiele ma to wspólnego ze wspominaną wcześniej polskością jagiellońską, zwłaszcza gdy łączy się z niechęcią wobec innych, nietolerancją czy antysemityzmem. Bardzo niebezpiecznym zjawiskiem są powstające (na tym m.in. tle) podziały pomiędzy katolikami, często łączone z poczuciem nieomylności własnego środowiska.

Joanna Petry Mroczkowska analizuje: „Symbioza wiary katolickiej z narodowymi ideałami wolnościowymi obniżyła poczucie uniwersalności polskiego katolicyzmu. Trudna polska historia skomplikowała odwieczne problemy z wolnością. Ujawniła się słabość: Kościół mówił o wolności, ale nie potrafił być jej rzecznikiem, kiedy nastała w życiu publicznym”. Kościół w Polsce zdaje się nie rozumieć, że dzisiejszy etap cywilizacyjny charakteryzuje się możliwością indywidualnego wyboru spośród wielu życiowych modeli. Uczestnicy ankiety zwracali uwagę, że u nas chętnie sięgano po roku 1989 po rozwiązania znane z przeszłości, a niekoniecznie pasujące do społeczeństwa pluralistycznego, np. odbudowano przedwojenny model duszpasterstwa wojskowego z kapelanami-oficerami, dla których ważniejszym elementem stroju jest mundur niż koloratka. A były już w posoborowym Kościele ciekawe przykłady innego, bardziej duchowego zorientowania duszpasterstwa wojskowego. Mniej skuteczne, ale jeszcze bardziej symptomatyczne, były pod tym względem polityczne starania na rzecz ogłoszenia Chrystusa Królem Polski.

Przy znaczącej publicznej roli Kościoła i zewnętrznych przejawach „sojuszu ołtarza z tronem” (np. Msze święte jako część uroczystości państwowych i patriotycznych) zastanawia – na co zwraca uwagę Michał Kurkiewicz – słabo słyszalny głos Kościoła w ważnych sprawach społecznych. Słyszymy wypowiedzi w imieniu Kościoła dotyczące państwa i prawa, ale brakuje pomysłu na głos w sprawach społecznych. O. Piotr Jordan Śliwiński podaje przykłady: „problemów jest wiele, np. rozwój prostytucji, lichwa, prawa pracownicze, szacunek dla emigrantów, brak tolerancji religijnej”. Udział Kościoła w debacie publicznej jest jednak owocem chaotycznego reagowania na wydarzenia, a nie przemyślanej strategii. Prowadzi to do zachwiania proporcji ważności spraw. Stosunek do ubogich sprowadzany bywa często do kwestii dobroczynności i „kanalizowany” w wyspecjalizowanych działaniach Caritas. A przecież ubodzy powinni być w centrum życia Kościoła, nie tylko być przedmiotem jego opiekuńczej działalności.

W tym kontekście pojawiał się też problem zamożności kleru w Polsce. Panuje tu ogromne zróżnicowanie. W niektórych diecezjach stopa życiowa księży jest wysoka, a w innych mają oni trudności ekonomiczne. Wszelkie przejawy luksusu w tej dziedzinie są gorszące i hamują ofiarność wiernych na rzecz wspólnoty Kościoła.

Podkreślano też narastający problem z wiarygodnością Kościoła – głoszenie zasad, które nie są praktykowane we własnym życiu. Kościół nasz, który tak ochoczo moralizuje, nie umie sobie radzić z wewnętrznymi kłopotami. „Obok moralności katolickiej funkcjonuje moralność kościelna” – warto choćby przyjrzeć się podejściu do osób zatrudnionych w instytucjach kościelnych. W sytuacjach ostrych napięć w praktyce dobro Kościoła bywa utożsamiane z dobrym imieniem duchownych podejrzewanych o jakieś występki, złą wolę przypisuje się zaś „oskarżycielom”, czyli najczęściej osobom skrzywdzonym. Poważne zarzuty dotyczące biskupów (abp Paetz, abp Wielgus) nie zostały do końca, uczciwie i otwarcie wyjaśnione. Wskutek tego narasta zdezorientowanie wśród ludzi zagubionych i pogłębiają się podziały między osobami posiadającymi jasno sprecyzowane poglądy w danej sprawie.

Członkinie Zespołu Laboratorium WIĘZI wskazywały także na swoistą nieufność Kościoła instytucjonalnego do kobiet. Jest przecież wiele miejsc, w których mogłyby one być bardziej zaangażowane w misję kapłaństwa powszechnego. Tymczasem dominuje w naszym Kościele założenie duszpasterskie, że kobiety powinny i będą chciały być: nauczycielkami, wychowawczyniami, matkami, opiekunkami dzieci i mężczyzn, tj. będą właściwie przejmowały całkowitą odpowiedzialność w rodzinie, a zarazem powinny milczeć w Kościele, nie przejmować żadnych widocznych zadań i ról – mimo że w społeczeństwie obejmują coraz bardziej widoczne i odpowiedzialne stanowiska. Razi nieznajomość nauki Jana Pawła II na temat kobiet i ich roli.

Mężczyznom wcale jednak nie jest lepiej. Ze względu na liczebną przewagę kobiet wśród praktykujących zdarzają się kazania wprost mówione do kobiet, mimo że w kościele są także mężczyźni. Rola i znaczenie mężczyzn, ich wiary i formacji, są niedoceniane w życiu Kościoła. Brakuje szczególnie formacji i duchowości ojców. Piękne sformułowanie „wiara ojców” łączy się z praktycznym przekonaniem, że za wszystko odpowiedzialne są matki.

„Parafia nie stała się wspólnotą ekumeniczną, misyjną i ekologiczną” – napisał Piotr Wojciechowski. „Mało kto rozumie potrzebę tych trzech pól świadomości i działania. Parafia to nie tylko kościół z tabernakulum – choć to jej serce. To kawałek Polski poddany ewangelicznym przemianom, miejsce działania świadków Chrystusa. Dlatego tu powinno się dokonywać jednoczenie wierzących w Jezusa, dialog, wzajemna posługa. Tu trzeba zapraszać niewierzących, ateistów, szukających, rozwiedzionych, rozgoryczonych – bo Chrystus nie przyszedł do zdrowych, tylko do tych, co się źle mają. Parafia nie ma świadomości ekologicznej wpisanej w swoją istotę, a przecież to tu mamy czynić ziemię sobie poddaną, tu brać odpowiedzialność za dary ziemi, natury, wody, powietrza, tu ma być ten skarb stworzenia przekazywany kolejnym pokoleniom. Śliczny trawniczek przy kościele, kwietniki przed plebanią – i dosyć?”

Szanse na przyszłość

Choć wydaje się to trudne, to wciąż możliwe jest, że w Polsce uda się wypracować unikalny w Europie model katolicyzmu łączący masowość z głębią wiary, łączący religijność z kulturową i społeczną modernizacją. O tego typu możliwościach mówią nie nawiedzeni polscy mesjaniści, lecz zagraniczni socjologowie religii obserwujący chłodnym okiem rozwój przemian kulturowych i religijnych w naszej ojczyźnie. W tym kontekście członkowie Zespołu Laboratorium WIĘZI odpowiadali na pytanie, jakie widzą szanse dla rozwoju wiary Polaków w najbliższej przyszłości, tj. co (zarówno wewnątrz wspólnoty wierzących, jak i w ogólnej sytuacji kulturowej) stwarza możliwości korzystnych przemian wiary Polaków.

Wielu uczestników ankiety wskazywało na opisane już mocne strony polskiej wiary jako wielką szansę. Jeśli uda się je odpowiednio podtrzymać i rozwijać – sytuacja może zmieniać się na lepsze. Przykładowo: wysoki poziom regularnych praktyk religijnych – pisze Monika Waluś – daje niepowtarzalne „możliwości ewangelizacji, nauczania, spotkania, jednoczenia ludzi”; tradycja spowiedzi daje szansę na spotkanie z osobowym Bogiem, bez zawężania własnej osoby do problemów psychologicznych. Analogicznie można by opisywać szanse, jakie dają kolejne mocne strony. „Znajdujemy się w bardzo istotnym punkcie ewolucji – pisał Marcin Przeciszewski – dzięki której albo na najbliższe dziesięciolecia zostanie w Polsce zbudowany sensowny model Kościoła, albo szansę tę zaprzepaścimy. Odpowiedzialność naszego pokolenia jest zatem szczególna”.

W skali społecznej powodem do nadziei może być fakt zaskakującej dojrzałości wiary Polaków. Można wręcz powiedzieć, że polski katolicyzm w warunkach wolności ma już za sobą jeden poważny, skutecznie przezwyciężony kryzys. Chodzi o sytuację z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Zaufanie do Kościoła jako instytucji spadało wówczas gwałtownie (z 90% pod koniec roku 1989 do 38% w połowie roku 1993), ale praktyki religijne trwały stabilnie na wysokim poziomie . Polscy katolicy potrafili zatem odróżnić swój (niezmienny) stosunek do Boga od (zmiennego) stosunku do instytucji Kościoła. Również Episkopat uczył się wówczas na błędach, np. nigdy nie powtórzono już sytuacji z 1991 roku, gdy z Sekretariatu Episkopatu rozsyłano nieoficjalną instrukcję wyborczą. W podobnie dojrzały sposób reagowała (już po roku 2000) większość Polaków na pojawiające się okołokościelne skandale. Nawet gdy sprawa dotyczyła biskupa, poziom zaufania do Kościoła nie ulegał obniżeniu – wyraźnie nauczyliśmy się nie utożsamiać słabości konkretnego człowieka z instytucją, jaką reprezentuje.

Kilku uczestników ankiety, niezależnie od siebie, stwierdziło, że – paradoksalnie – za szansę dla polskiej wiary uważają nadchodzące przemiany kulturowe. Elżbieta Adamiak pisze, że nieunikniony jest wzrost pluralizmu społeczeństwa. Nie trzeba się go jednak obawiać – „jeśli wiara i przynależność do Kościoła przestaną być oczywiste, zrodzi się konieczność uzasadnienia swoich wyborów”, a dzięki temu wzrośnie liczba katolików autentycznych, świadomych swojej wiary i światopoglądu, dających żywe świadectwo obecności Boga w świecie.

Może zatem najważniejszą szansą dla polskiego katolicyzmu jest po prostu wolność? Zwłaszcza młodzi ludzie to „dzieci wolności” – jak pisze Maria Rogaczewska – „oczywiście nieokiełznanej i ślepej na początku. Religia, która pociągnie ich do siebie, nie może zabijać tej wolności, tylko pokazać przestrzeń, gdzie wolność się spełni: w miłości i zaangażowaniu, a nie w narzuconym obowiązku”. W świecie wolności być wierzącym to przede wszystkim umieć wybierać, podejmować właściwe decyzje.

Józef Majewski wyraża przekonanie, że procesy sekularyzacyjne nie są w stanie osłabić „metafizycznego niepokoju” w ludziach. Również postępująca demokratyzacja, czyli pogłębianie się odpowiedzialności ludzi może mieć wpływ na budzenie się także współodpowiedzialności za Kościół, a tym samym „kościelność” mniej „z tradycji”, a bardziej „z wyboru”. Szansą polskiego katolicyzmu (podobnie jak europejskiego chrześcijaństwa) – twierdzi Sławomir Sowiński – „jest wyraźnie narastające poczucie pustki i głodu duchowego, jakie daje się odnotować w społeczeństwach rozwiniętych”.

W wielu krajach zachodnich mówi się obecnie o wzroście pytań natury duchowej. Dzieje się to jednak po bolesnym procesie „odkościelnienia” społeczeństw. Czy w Polsce uda się pominąć etap odchodzenia ludzi od Kościołów? O. Michał Paluch uważa, że jeśli katolicyzm będzie w Polsce odpowiednio przedstawiany – „z odniesieniem do innych religii i bez popadania w kościelny żargon – będzie na pewno najbardziej interesującą i nośną propozycją duchową w naszym kraju (wsparciem może być zaś moda na odkrywanie lokalnych tożsamości)”.

Szansą może być także powszechna dostępność lekcji religii w polskich szkołach – przy wielu ich słabościach. Jednak w opinii kilku osób, aby lekcje religii były rzeczywistą szansą dla rozwoju wiary, należałoby je podzielić między szkołę a parafię. Szkoła nie jest bowiem odpowiednim środowiskiem do wprowadzania młodych ludzi w misterium wiary. Zdaniem Marcina Przeciszewskiego, jedna lekcja religii mogłaby odbywać się w szkole i mieć charakter bardziej religioznawczy, a druga – w parafii, gdzie byłaby autentyczną inicjacją w życie religijne.

Anna Karoń-Ostrowska wiąże nadzieje ze średnim i młodym pokoleniem osób wychowanych w pogłębionej wierze w różnych ruchach i wspólnotach katolickich już za pontyfikatu Jana Pawła II. Istnienie takiej znacznej grupy Polaków to fakt niezależny od dyskusji nad zasadnością określenia „pokolenie JP2”. Dotyczy to zarówno świeckich, jak i duchownych. Można też liczyć na nowe pokolenie biskupów, „którzy będą w stanie poprowadzić polski Kościół ku przyszłości i którzy wypracują program dla Kościoła polskiego – otwarty na znaki czasu i potrzeby człowieka XXI wieku, zakorzenionego w powszechności wspólnoty, otwartego na inne religie i inne wyznania”.

Szansą jest także wzrastająca, choć powoli, rola świeckich w Kościele, w tym kobiet. „Taka wydaje się konieczność dziejowa – pisze Joanna Petry Mroczkowska – albo, inaczej ujmując, taki kierunek nadaje naszym czasom Duch Święty”. Ci ludzie tworzyć będą zapewne także nowe instytucje przeniknięte chrześcijańskim duchem, które będą potrafiły działać na miarę nowych czasów. To ich dziełem są już takie inicjatywy, jak „ruch” muzyki chrześcijańskiej czy sieć letnich festiwali ewangelizacyjnych. Michał Kurkiewicz zwraca uwagę, że na przykład grupy pro life „to juz nie tylko, tak jak kiedyś, starsze panie z różańcami, ale prawnicy, informatycy i dziennikarze”. Jego zdaniem, taka tendencja powinna się nasilać. Inni wierzący profesjonaliści, jakich potrzeba w przyszłości Kościołowi, to chociażby dziennikarze o dobrze uformowanych sumieniach i świeccy teologowie. Jedni i drudzy w Polsce istnieją, trzeba tylko umieć skorzystać z ich talentów i umiejętności.

Zdaniem Sławomira Żurka, szansą nie do przecenienia jest „dialog chrześcijan – na wszystkich możliwych płaszczyznach, począwszy od wewnątrzkościelnego (między katolikami), poprzez ekumeniczny, międzyreligijny, a wreszcie społeczny i kulturowy. Polska religijność potrzebuje powrotu do swych wielokulturowych, dialogowych korzeni, co najlepiej otwiera na świat wraz z całą jego różnorodnością”.

Spośród tendencji ogólnokościelnych, które mogą oddziaływać na Polskę, Józef Majewski wskazuje na wrażliwość Benedykta XVI na sprawy liturgii. Daje to szansę, że i w naszym Kościele obudzi się nowa liturgiczna wrażliwość, która przełoży się na jej bardziej uważne i duchowe sprawowanie. Majewski podkreśla też, że coraz wyraźniej ruchy kościelne odchodzą od kształtowania duchowości swych członków na wzór duchowości zakonnej czy kapłańskiej, a formują nową duchowość dla świeckich: zaangażowaną w świat doczesny i codzienność.

Wśród szans na przyszłość członkowie Zespołu Laboratorium WIĘZI wymieniali także możliwość szerszego wykorzystania dotychczasowego potencjału polskich zakonów, zwłaszcza ich doświadczeń formacyjnych i duszpasterskich. Tym to ważniejsze, że prawdopodobnie – jak wskazują ostatnie lata – zmniejszać się będzie liczba kandydatów do kapłaństwa i życia zakonnego. Ograniczanie się liczby duchownych będzie się wiązało z coraz większą odpowiedzialnością świeckich za wspólnoty lokalne. Jednocześnie „wybór życia zakonnego lub kapłańskiego będzie się wiązał z rzeczywistą rezygnacją z mocy władzy i pieniądza” – podkreśla o. Piotr Jordan Śliwiński. Paradoksalnie zatem – podsumowuje o. Michał Paluch – „szansą na pogłębienie «oferty» Kościoła jest zbliżający się kryzys”…

Zagrożenia na przyszłość

Jakie natomiast pojawiają się na horyzoncie zagrożenia? Najbardziej ogólnie można powiedzieć, że grozi nam zmarnowanie powyżej opisanych szans, roztrwonienie posiadanych atutów i stopniowa społeczna marginalizacja tak ludzi wierzących, jak i Kościoła.

Uczestnicy ankiety byli zgodni co do największego niebezpieczeństwa – jest nim samozadowolenie. Piotr Wojciechowski napisał: „Najgroźniejsze wydaje mi się zadowolenie ze swojej wiary (osobiste lub zbiorowe), zagubienie potrzeby nawrócenia, poczucia grzechu, kierunku ku poprawie”. Groźne jest – spotykane u nas nierzadko – przekonanie, że jesteśmy dla świata wzorem społeczeństwa katolickiego. Zamiast mobilizować do aktywności i poszukiwań, rodzi ono bierność, a stąd niedaleko już do powtórzenia scenariusza szybkiej laicyzacji, jak w – podobnie ongiś przekonanych o własnej wyjątkowości – Quebeku czy Irlandii.

Nieco słabszą formą samozadowolenia może być niechęć do zmian. Kilku członków Zespołu Laboratorium WIĘZI, niezależnie od siebie, użyło podobnego określenia: króluje u nas zasada „jakoś to będzie…”. Jacek Borkowicz zwraca uwagę na zupełny brak mechanizmów przygotowawczych, łagodzących skutki przyszłych, zapewne nieuchronnych, napięć, pęknięć, może rozłamów. Innymi słowy, można mówić o bezmyślnym konserwatyzmie, przekonaniu, że „ma być tak jak jest, bo jest tak jak ma być”. Jeszcze inaczej można by to nazwać „chowaniem głowy w piasek” zamiast podejmowania trudnych wyzwań współczesności.

Wyraźnym zagrożeniem jest brak wizji Kościoła w skali społecznej. Wizje takie przedstawiają liderzy ruchów i małych wspólnot, formułują je także grupy jednoznaczne ideowo. Jaką jednak wizję Kościoła ma realizować przeciętny katolik? Wśród odpowiedzi ankietowych ponownie pojawił się cytat słów ks. prof. Kudasiewicza: „Ód czasów sługi Bożego kardynała Wyszyńskiego, który wymodlił w więzieniu peregrynację obrazu Jasnogórskiej Pani, nie wymyśliliśmy nic nowego, choć zmieniają się czasy. Ciągle tylko powielamy peregrynację” . Nie potrafimy dziś przedstawić jasnej i porywającej wizji Kościoła przyszłości.

Przygotowanie takiej wizji powinno być zadaniem pasterzy Kościoła. I tu dotykamy problemu kryzysu przywództwa. Kilku uczestników ankiety zwróciło uwagę, że Episkopat Polski nie ma dziś liderów na miarę kard. Stefana Wyszyńskiego czy kard. Karola Wojtyły. Przedłużanie się takiej sytuacji jest z wielu powodów niebezpieczne: również dlatego, że grozi erozją więzi między zaangażowanymi świeckimi a biskupami. W niektórych środowiskach katolickich pojawia się już wręcz przekonanie, że od biskupów niczego dobrego spodziewać się nie można. Nie trzeba tłumaczyć, jak bardzo destrukcyjna może być taka sytuacja dla wewnętrznego życia Kościoła.

Dlatego Marcin Przeciszewski uważa, że „reformy wymaga sposób wyboru kandydatów na biskupów. W obecnej sytuacji przeważająca większość biskupów rekrutuje się z kręgów kościelnej administracji wysokiego szczebla lub spośród kościelnych środowisk naukowych. Rzadko stanowiska te uzyskują wybitni duszpasterze. Proporcje te należałoby odwrócić. Podstawowym kryterium wyboru na biskupa powinny być wybitne zdolności duszpasterskie oraz przejrzysta i czytelna sylwetka duchowa”.

Istotna może być też w przyszłości funkcja biskupów jako strażników jedności Kościoła. O. Piotr Jordan Śliwiński przestrzega bowiem, że „mogą pojawić się tendencje odśrodkowe naruszające jedność Kościoła. Realna jest groźba powstania, wspieranego medialnie, nurtu «reformatorskiego» (ruch typu Wir sind Kirche), jak i nurtu integrystycznego. Tarcia i dyskusje między nimi – przy braku działania na rzecz jedności – mogą doprowadzić do podziałów”. Zdaniem o. Śliwińskiego, mogą też pojawić się symptomy kryzysu finansowego Kościoła. Najlepszą, uprzedzającą odpowiedzią byłoby pod tym względem opracowanie nowoczesnego modelu finansowania Kościoła.

Wobec narastającego pluralizmu społecznego i kulturowego polskim katolikom grozić może wzmocnienie postaw obronnych, zamykanie się w swoim własnym świecie, okopywanie się przed zagrożeniami w poczuciu oblężonej twierdzy. Prostą drogą prowadzić to może do dualistycznej wizji świata: „z jednej strony my, wybrani i dobrzy, a z drugiej – oni, źli i potępieni”. W czasach gwałtownych przemian (zwłaszcza gdy wiele tych przemian ma kierunek niepokojący) „łatwiej w Kościele o proroków nieszczęścia niż proroków nadziei” – napisał jeden z członków Zespołu Laboratorium WIĘZI, nawiązując do słynnego przemówienia bł. Jana XXIII podczas otwarcia II Soboru Watykańskiego. Jak zatem być jednocześnie wiernym chrześcijańskiej ortodoksji, otwartym na współczesny świat i krytycznym wobec niebezpiecznych przemian kulturowych – to jedno z kluczowych pytań na przyszłość.

Jerzy Sosnowski przestrzega: „Przechodzimy okres uderzającego przyspieszenia cywilizacyjnego, zmiany paradygmatu kultury. Na razie nie widzę w polskim Kościele dowodów na to, że żywe są w nas zdolności adaptacyjne, tak charakterystyczne dla chrześcijaństwa jeszcze w XVII wieku. Polski Kościół trwa pod względem estetyki i oceny kultury w klimatach może nawet dziewiętnastowiecznych, a już na pewno przedwojennych”.

Wciąż odżywa też jedno z czołowych zagrożeń polskiego katolicyzmu, jakim są wszelkie próby ideologizowania, upolityczniania, manipulowania religią i angażowania Kościoła do „politycznych przetargów”. Niebezpieczeństwo to było już wielokrotnie dyskutowane i zdumiewać może, że mimo wszystko nadal znajdują się duszpasterze, a nawet biskupi, którzy pozwalają politykom na podpieranie się autorytetem Kościoła, którym nie przeszkadzają partyjne akcenty na spotkaniach religijnych, którzy sami wypowiadają się i angażują się w działania jednoznacznie uwikłane politycznie, a więc partykularne.

Jednym z możliwych scenariuszy przemian jest – pisze o. Michał Paluch – ewolucja w stronę w stronę „kulturowego” chrześcijaństwa: „przyjmuję sakramenty bez wiary, traktuję je jako część dziedzictwa kulturowego, w którym uczestniczę”. Podobnie myśli ks. Andrzej Czaja: „Przechodzimy coraz bardziej z poziomu, który wyrażają słowa «Bóg – tak, a Kościół – nie», na poziom, który można oddać słowami: «religia – tak, a Bóg – nie»! Oczywiście «nie» wobec Boga nie oznacza kategorycznej negacji, jak w przypadku wielkich nurtów ateizmu. Bóg jest stale na ustach, ale nie zawsze idzie o Boga. Bywa, że rozwiesza się szyldy «dla Jezusa», ale częstokroć bez Jezusa. Krótko mówiąc, mamy coraz bardziej do czynienia z kryzysem wiary, którego szczególnym przejawem jest swoisty deizm chrześcijański, napędzający aktywizm bez żywej więzi z Bogiem”. W takiej sytuacji trwały brak przekonującej katechezy dla dorosłych może w praktyce oznaczać rezygnację Kościoła z formowania wiary swoich członków i pozostawienie im wolnej drogi ku wyborowi własnej, często synkretycznej drogi wiary.

Taka sytuacja oznacza konieczność uznania przez władze polskiego Kościoła, że – jak pisze Joanna Petry Mroczkowska – „zaistniała już nie potrzeba, ale właśnie konieczność zmiany pedagogiki religijnej. Kościół otwarty, wspólnotowy i służebny wymaga rozszerzenia postawy partnerstwa zamiast patronizowania”. Niebezpieczeństwem w obecnej sytuacji może być zwłaszcza wygodne skupienie się duchownych wyłącznie na pracy z tymi, którzy i tak pozostają w orbicie oddziaływania Kościoła. „Cieszymy się, że połowa Polaków co niedziela chodzi do kościoła – pisze Marcin Przeciszewski – Oznacza to jednak, że druga ich połowa chodzi rzadko lub wcale. Kształtuje się model, który nazwałbym «społeczeństwem pogranicza» – pomiędzy wiarą a niewiarą. Jest to teren, na który najsilniej oddziaływać będą prądy laicyzacyjne”. Szukanie sposobów dotarcia do tzw. nominalnych katolików czy „katolików z metryki” (czyli: ewangelizacji) powinno być jednym z czołowych zadań naszego Kościoła. Mało jednak jest chętnych do podejmowania takiego wysiłku…

Piotr M. A. Cywiński uważa, że w ostatnich latach Kościół w Polsce cechuje się bezradnością w poszukiwaniu nowych form duszpasterstwa, w szczególności wobec: a) środowisk wiejskich, b) środowisk robotniczych; c) wielkomiejskiej klasy średniej. Jeżeli proces ten nie zostanie zahamowany, to możemy stracić znaczną część „mieszkańców” tych światów.

Jeden z kluczowych współczesnych sporów ideowych dotyczy wizji małżeństwa i rodziny. W Polsce jest w tej dziedzinie wiele cennych inicjatyw edukacyjnych i formacyjnych. Wciąż jednak w typowym kościelnym przekazie problematyka przygotowania do małżeństwa, a także przeżywania małżeństwa i rodziny jako powołania prezentowana jest językiem oderwanym do realnego życia i zniechęcającym. Jeśli to się nie zmieni, młodym ludziom chrześcijańska wizja małżeństwa i rodziny może coraz częściej kojarzyć się z nudziarstwem i zbiorem zakazów, zamiast z porywającym powołaniem do świętości. Odpowiedzią na kryzys rodziny nie może być biadolenie i potępianie.

Piotr Wojciechowski przestrzega: „Dysfunkcyjne rodziny są wychowawczo bezsilne. Media katolickie są ekonomicznie słabe, przez to w wielu przestrzeniach społecznych nieobecne. Katecheci są w szkołach lekceważeni, czasem nawet poniżani. Ofensywa promocji towaru, chamstwa zwycięzców i komercyjnego kiczu eliminują z obiegu społecznego język rozmowy o Bogu – to może doprowadzić do ograniczenia obecności wiary, a w dalszej perspektywie do diaspory wierzących”. Sławomir Sowiński wskazuje natomiast na nasilający się rozziew w formacji religijnej młodzieży między szkolną lekcją religii, parafią a rodziną. „Szkoła prowadzi tylko lekcje religii, które w zasadzie nie są katechezą; parafia (poza rekolekcjami) nie ma w zasadzie oferty katechetycznej; rodzina abdykuje w funkcji formacji i wychowania (także religijnego) na rzecz mediów i rówieśników”. Wyżej była mowa o szansie, w jaką można przekształcić obecność lekcji religii w szkołach. Możliwy jest jednak także scenariusz odwrotny – może ona stać się dla Kościoła w Polsce ciężarem u nogi. Obecny poziom „odkatechizowania” szkolnych lekcji religii – jak nazwał to Józef Majewski – jest już zagrożeniem dla wiary i bez kroków zaradczych sytuacja może się pogarszać.

Zagrożona może być także przyszłość zgromadzeń zakonnych w Kościele. Możliwe jest zwłaszcza pogłębienie kryzysu powołań do zgromadzeń żeńskich i kontemplacyjnych, które tworzą przecież bardzo ważne zaplecze duchowe, decydujące o jakości i żywotności polskiego katolicyzmu w przyszłości. Zakony, nie tylko w Polsce, będą się też musiały zmierzyć z bardziej generalnym wyzwaniem. Kryzys może bowiem wynikać z faktu, że zakony proponują młodym ludziom struktury minionego wieku. Struktury nie są przecież niezmienne. „Zamiast biadolić nad małą liczbą powołań należałoby się zastanowić nad tym, czy współczesna młodzież jest się w stanie w nich zmieścić” – pisze jeden z członków Zespołu Laboratorium WIĘZI. „Szansą zakonów jest raczej odwaga w zmienianiu struktur!”.

Poważnym niebezpieczeństwem na przyszłość może być wreszcie skoncentrowanie się Kościoła na sobie samym. Powinien się on tymczasem skupić na Bogu. Coraz wyraźniej widać duchowe tęsknoty ludzi współczesnych, którzy poszukują odpowiedzi. Jak pisze Jerzy Sosnowski, „duchowość zindywidualizowana i głęboka jest oczywistą tęsknotą człowieka ponowoczesnego. Jeśli katolicyzm nie odpowie na tę tęsknotę, ludzie poszukają jej zaspokojenia gdzie indziej (w quasi-duchowości new age, w innych religiach lub – w najlepszym razie – w innych wyznaniach chrześcijańskich)”. Dostrzec można np. rosnące w Polsce zainteresowanie nowymi wspólnotami zielonoświątkowymi. Wyraźnie potrzebne jest zatem wzmocnienie misteryjnego wymiaru Kościoła. Dlatego niech jako ostatni zabrzmi głos s. Barbary Chyrowicz: „największym zagrożeniem dla wiary jest brak wiary i zaufania”…

Opracował Zbigniew Nosowski

 » 

[Jak uwiesc kobiete] Wstyd...

Jeżeli CI mocno zalezy aby zwalczyć ten problem, przeczytaj to co tu podam

być może temat przeniose do swojego działu.

Jak na oko to wrzucam tutaj 3/4 książki:

Autor: PHILIP G. ZIMBARDO

Tytuł:NIEŚMIAŁOŚĆ

Spis treści

Wstęp
Część I: Co to jest nieśmiałość
1 Zrozumieć nieśmiałość
2 Osobisty świat nieśmiałych
3 Dlaczego jest się nieśmiałym
4 Rodzice, nauczyciele i nieśmiałe dzieci
5 Przyjaciele, kochankowie i nieśmiali nieznajomi
6 Od smutnego przez złego do trochę szalonego

Cześć II: Jak sobie radzić z nieśmiałością
7 Zrozumieć siebie
8 Zrozumieć swoją nieśmiałość
9 Zbudować poczucie własnej wartości
10 Rozwijać swoje umiejętności społeczne
11 Pomagać innym przezwyciężyć nieśmiałość
12 Zapobiegać nieśmiałości w społeczeństwie
Przypisy

Wstęp

Przez ostatnie cztery lata prowadziłem badania psychologiczne, których celem było zrozumienie tego fascynującego aspektu natury ludzkiej, jakim jest nieśmiałość. Jako rodzic i nauczyciel od dawna byłem uwrażliwiony na hamujący wpływ, jaki nieśmiałość ma na dzieci i nastolatki. O tym jednak, że zainteresowałem się systematyczną analizą nieśmiałości jako badacz zjawisk społecznych, zadecydował dziwny splot wydarzeń.
Prowadziłem wykłady dla dużej grupy studentów w Stanford University na temat siły oddziaływania pewnych sytuacji społecznych, które są w stanie zupełnie zmienić nasz sposób myślenia, odczuwania i działania. Żeby zilustrować to zjawisko, opisałem niedawny eksperyment, w którym studenci wchodzili w role więźniów i strażników więziennych w symulowanych warunkach więzienia. 1 Choć osoby te zostały wybrane do eksperymentu dlatego, że we wszystkich testach psychologicznych osiągały wyniki w granicach normy, to po zaledwie kilku dniach w owym symulowanym więzieniu zaczęły zachowywać się w sposób dziwny i patologiczny.
“Strażnicy", początkowo tylko dominujący, zaczęli traktować swoich “więźniów" brutalnie, często z sadyzmem. “Więźniowie" reagowali na ten pokaz siły przygnębieniem, poczuciem bezradności i wreszcie bojaźliwym podporządkowaniem się wszystkim narzuconym im regułom. Eksperyment, planowany początkowo na dwa tygodnie, trzeba było zakończyć już po sześciu dniach z powodu dramatycznych zmian osobowościowych i zmian w wartościach, jakie zachodziły w symulowanym więzieniu.
Jak to możliwe, że ci chłopcy, o których przynależności do grupy “więźniów" lub “strażników" zadecydował ślepy los, tak łatwo wczuli się w swoje role? Nie mieli przecież żadnego przygotowania. Z różnych doświadczeń z siłą i niesprawiedliwością w swoich domach, w szkołach, a także ze środków przekazu, zdążyli się jednak nauczyć, co to znaczy być więźniem lub strażnikiem. Strażnicy sprawują kontrolę poprzez tworzenie i podtrzymywanie reguł instytucji, reguł, które zazwyczaj ograniczają swobodę działania. Reguły określają to, czego nie wolno robić, choć może miałoby się ochotę oraz to, co trzeba robić, choć nie ma się na to ochoty. Więźniowie mogą reagować na ten przymus albo buntem, albo posłuszeństwem. Nieposłuszeństwo powoduje karę - dlatego większość więźniów poddaje się i robi to, czego oczekuje od nich strażnik.
W trakcie dyskusji, jaka odbyła się w czasie zajęć na temat mentalności strażnika i więźnia, porównywano tę relację do związków, jakie łączą mężów i żony, rodziców i dzieci, lekarzy i pacjentów, itd. Zapytałem wtedy studentów: “A czy możecie sobie wyobrazić te dwa rodzaje mentalności w jednej głowie, jedną osobę, która posługuje się obydwoma tymi sposobami myślenia?" Oczywistym przykładem była tu osoba skrajnie nieśmiała.
“Istnieją nieśmiałe osoby, które mają zarówno pragnienie zrobienia czegoś, jak i wiedzę o tym jak to zrobić, ale coś je powstrzymuje od działania", powiedziałem. “Taka osoba idzie na zabawę, zna kroki taneczne, ale coś nie pozwala jej ani poprosić kogoś do tańca, ani przyjąć zaproszenia. Podobnie zdarza się w klasie - są uczniowie, którzy znają odpowiedź na pytanie i chcą zrobić dobre wrażenie na nauczycielu, ale coś nie pozwala im podnieść ręki i tłumi im głos. Ich działanie hamowane jest przez wewnętrzne rozkazy ze strony Ja-strażnika: “Będziesz wyglądał śmiesznie, ludzie będą się z ciebie śmiać; to nie jest miejsce na robienie takich rzeczy; nie wolno ci pozwolić sobie na bycie spontanicznym; nie podnoś ręki, nie zgłaszaj się na ochotnika, nie tańcz, nie śpiewaj, nie rzucaj się w oczy; będziesz bezpieczny tylko wtedy, kiedy nie będzie cię widać ani słychać". I wewnętrzny więzień decyduje się nie podejmować ryzyka korzystania z niebezpiecznej wolności, jaką niesie ze sobą spontaniczność. Potulnie podporządkowuje się.
Po zajęciach kilku studentów przyszło do mnie, żeby poprosić o więcej informacji na temat swojego “problemu". Byli tak bardzo nieśmiali, że dużą cześć swojego życia organizowali w taki sposób, żeby uniknąć sytuacji, w których mogliby być dostrzeżeni. Zastanawialiśmy się razem nad tym, w jakim stopniu ich zachowanie jest nietypowe, a w jakim nieśmiałość jest wśród młodych ludzi zjawiskiem powszechnym. Mogłem się im zaofiarować jako współczujący słuchacz, ale nie byłem w stanie im pomóc - nie wiedziałem nic na temat przyczyn, konsekwencji i “leczenia" nieśmiałości.
W tym czasie w grupie rozeszła się pogłoska, że spotykam się nieformalnie ze studentami, żeby rozmawiać o nieśmiałości. W niedługim czasie był już tuzin studentów, którzy regularnie uczęszczali na seminarium poświęcone psychologii nieśmiałości. Na początku nie było to oczywiście najbardziej błyskotliwe z seminariów, jakie zdarzyło mi się prowadzić. Dwunastka nieśmiałych, nieznanych sobie nawzajem ludzi nie jest najlepszym forum dla ożywionej dyskusji, chyba, że temat dyskusji dotyczy czegoś absolutnie pierwszoplanowego w ich umysłach, czegoś, w czym są ekspertami - ich własnej nieśmiałości.
Kiedy już posunęliśmy się nieco dalej niż dzielenie się doświadczeniami z własną nieśmiałością i zajęliśmy się przeglądaniem tego, co “nauka" ma na ten temat do powiedzenia, odkryliśmy, ku naszemu wspólnemu zdumieniu, jak niewiele przeprowadzono badań nad nieśmiałością jako cechą osobowości i nad niektórymi jej aspektami, takimi jak zakłopotanie, zachowywanie twarzy, trema, trudności z wypowiadaniem się itd. Nie było jednak żadnych systematycznych badań, mających na celu zrozumienie dynamiki nieśmiałości. Potrzebowaliśmy badań nad tym, co nieśmiałość oznacza dla osoby nieśmiałej, dla ludzi, których spotyka i dla społeczeństwa w ogóle. W tym celu nasza grupa przygotowała kwestionariusz, w którym prosiliśmy ludzi, żeby stwierdzili sami o sobie, czy są nieśmiali, czy też nie. Pytania kwestionariusza wnikały w myśli, uczucia, działania i symptomy fizjologiczne związane z nieśmiałością. Próbowaliśmy też dowiedzieć się, jacy ludzie i sytuacje prawdopodobnie doprowadziły do tego, że dana osoba określa siebie jako nieśmiałą. Zbadaliśmy prawie 400 studentów, a następnie dokładnie przeanalizowaliśmy i poprawiliśmy kwestionariusz tak, by był bardziej efektywny.
Jak dotąd, kwestionariuszem nieśmiałości przebadano prawie 5000 osób. Uzyskaliśmy stąd pokaźną ilość informacji. Nasz zespól badawczy przeprowadził ponadto setki wnikliwych wywiadów i obserwacji osób nieśmiałych i nie-nieśmiałych w różnych sytuacjach. Podjęliśmy również badania eksperymentalne w kontrolowanych warunkach laboratoryjnych, żeby zbadać związki między nieśmiałością i różnymi innymi zachowaniami. Brakujące ogniwa w naszej wiedzy ha temat złożoności nieśmiałości pomagają wypełniać rozmowy z rodzicami i nauczycielami.
Choć większość naszych danych pochodzi od studentów amerykańskich college'ów, staraliśmy się także uwzględnić w naszych badaniach nie-studentów i osoby z innych kultur. Zebraliśmy dane od żołnierzy powołanych do służby w marynarce, pracowników przedsiębiorstw, pacjentów klinik leczących otyłość, uczestników grup spotkaniowych i uczniów szkół podstawowych i średnich. Nasi zagraniczni koledzy dostarczyli nam cennych informacji na temat natury nieśmiałości w Japonii, na Tajwanie, w Chinach, na Hawajach, w Meksyku, Indiach, Niemczech i Izraelu.
Wiele spośród osób, które wypełniły kwestionariusz chciało wiedzieć, jak przezwyciężyć nieśmiałość. Aby wypracować skuteczne sposoby radzenia sobie z nieśmiałością, założyliśmy w Stanford University Klinikę Nieśmiałości, gdzie wypróbowujemy różne techniki mogące pomóc nieśmiałym. Poprzez tę klinikę mamy nadzieję pomóc ludziom przezwyciężyć nieśmiałość i dowiedzieć się więcej o tym jakże powszechnym problemie.
Choć wiemy już dużo więcej niż wtedy, gdy zaczynaliśmy szukać przyczyn i skutków nieśmiałości, wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Nasz program badawczy jest w dużym stopniu ciągłym wnikaniem w wiele aspektów tego subtelnego i często zadziwiającego zjawiska. Z napisaniem książki - takiej, jak ta - badacze zazwyczaj czekają, aż zdobędą więcej informacji. Ostrożność ta ustąpiła jednak wobec usilnych błagań o natychmiastową radę, pomoc i informacje. Pojawiły się one w setkach listów, telefonów i osobistych próśb ze strony osób cierpiących z powodu nieznośnego ciężaru, jakim w codziennym życiu przytłacza ich nieśmiałość. Mam nadzieję, że książka ta dostarczy użytecznych informacji i praktycznych narzędzi, które pomogą ludziom rozpocząć walkę ze swoją nieśmiałością.
Książka podzielona jest na dwie części. Część I ma za zadanie wyjaśnić, czym tak naprawdę jest nieśmiałość. Dowiecie się, co oznacza doświadczanie różnych rodzajów nieśmiałości, jakie problemy stają przed osobą nieśmiałą, jakie są przyczyny nieśmiałości i jak można ją analizować. Wnikniecie też w role, jaką odgrywa rodzina, szkoła i społeczeństwo w kształtowaniu osoby nieśmiałej i zobaczycie, w jaki sposób nieśmiałość utrudnia bliskie kontakty z innymi ludźmi i często uniemożliwia udane związki seksualne. Mimo że nieśmiałość jest doświadczeniem osobistym, jej efekty odczuwa całe społeczeństwo. Dlatego też Część I kończy się spojrzeniem na wpływ, jaki wywiera nieśmiałość na powstawanie problemów społecznych, na jej nieoczywisty związek z agresją, alkoholizmem, ruchami społecznymi, prostytucją i wandalizmem.
W Części II koncentrujemy się na pytaniu praktycznym: jak radzić sobie z wyzwaniami stawianymi przez nieśmiałość? Znajdziecie tu konstruktywne rady na temat tego, jak zmienić swój sposób myślenia o nieśmiałości i o samym sobie. Nieśmiałość często nie wynika po prostu z braku wiary w siebie lub nieuzasadnionego lęku o swoją sytuację społeczną. Może raczej polegać na nieposiadaniu pewnych umiejętności społecznych lub nieposługiwaniu się nimi. Ażeby dopomóc Wam w rozwijaniu tych umiejętności, podaliśmy proste sposoby i strategie, które mogą podnieść efektywność waszego społecznego funkcjonowania.
Ale gdyby nawet istniała magiczna kuracja dla wszystkich, którzy w tej chwili są nieśmiali, w jaki sposób można ustrzec przyszłe pokolenia przed doświadczeniem lęków związanych z nieśmiałością? Ostatni rozdział poświęcony jest najbardziej kontrowersyjnemu z tematów - terapii, której potrzebuje społeczeństwo generujące nieśmiałość. Terapia retrospektywna, której celem jest pomóc ludziom już cierpiącym to zbyt mało. Musimy zrobić wszystko, co możliwe i zmienić nasze społeczeństwo tak, aby przede wszystkim zapobiegać cierpieniu.
Nieśmiałość jest podstępnym problemem osobistym, który urasta do rozmiarów epidemii - można go w uzasadniony sposób nazwać chorobą społeczną. Tendencje rozwojowe w naszym społeczeństwie skłaniają do wniosku, że sytuacja pogorszy się jeszcze w nadchodzących latach, ponieważ wzrasta nasza izolacja, współzawodnictwo i samotność. Jeżeli szybko czegoś nie zrobimy, wiele naszych dzieci i wnuków zostanie więźniami własnej nieśmiałości. Żeby temu zapobiec, musimy zrozumieć, czym jest nieśmiałość, po to, by zapewnić osobie nieśmiałej wsparcie, które pozwoli jej pozbyć się swojego prywatnego więzienia i odzyskać utraconą wolność słowa, działania i związków międzyludzkich.
Hawthorne, pisząc: “Który loch jest równie mroczny jak ludzkie serce? Który strażnik więzienny jest równie nieubłagany jak własne Ja?", mógł mieć na myśli nieśmiałych. Możemy nauczyć się, w jaki sposób zmienić piekło skrajnej nieśmiałości w raj. Nie jest to łatwe, ale jest możliwe. Zobaczmy jak.

Część I: Co to jest nieśmiałość

1 Zrozumieć nieśmiałość

“Pamiętam jak miałam cztery lata - czego ja nie robiłam żeby uniknąć spotkania z ludźmi, którzy przychodzili do nas w odwiedziny. Znałam ich - byli to moi kuzyni, ciotki, wujowie, przyjaciele rodziny, a nawet moi bracia i siostry. Chowałam się w koszach na bieliznę, w szafach, w śpiworach, pod łóżkami. Ta lista nie ma końca, a wszystko dlatego, że bałam się ludzi. Kiedy podrosłam, zrobiło się jeszcze gorzej".

Gorzej? Trudno powstrzymać się od uśmiechu, czytając coś, co wygląda na początek typowego scenariusza Woody Allena. Ale nasz śmiech jest w oczywisty sposób obroną przed zbyt głębokim wczuciem się w bolesne wspomnienia tej studentki. Chcielibyśmy sądzić, że przesadza-życie po prostu nie może być aż tak straszne. Lecz dla wielu nieśmiałych na pewno jest.
Mój brat, który musiał nosić na nodze specjalny aparat, żeby skorygować skutki paraliżu dziecięcego, rozwinął w sobie taki sam chorobliwy strach przed ludźmi. Gdy tylko ktoś pukał do drzwi, George szybko liczył, czy cała rodzina jest w domu. Jeżeli wszyscy byli w domu, pospiesznie zajmował swoją pozycję pod łóżkiem lub pędził w jeszcze bezpieczniejsze schronienie za zamkniętymi drzwiami łazienki. Dopiero po wielu prośbach i błaganiach ustępował i wychodził, żeby przywitać się z sąsiadem, czy krewnym spoza miasta.
Moja matka, kobieta współczująca i obdarzona wglądem w zawiłości natury ludzkiej, zdecydowała, że musi pomóc George'owi zanim jego nieśmiałość zupełnie wyniknie się spod kontroli. Jego lęki nie minęły nawet wtedy, gdy nie musiał już nosić aparatu na nodze. Matka, uważająca, że George powinien być z innymi dziećmi w jego wieku, przekonała szkołę państwową, żeby go przyjęła, choć miał tylko cztery i pół roku i była to połowa semestru. Moja matka wspomina:

“Płakał i szlochał bez przerwy przez prawie cały pierwszy dzień, w przerażeniu trzymając się mojej sukni. Gdy tylko nauczycielka lub jakieś dziecko spojrzało w jego stronę, chował głowę na moich kolanach lub patrzył w sufit. Ale kiedy nauczycielka coś opowiadała lub klasa grała na instrumentach, ciekawość brała górę i nie mógł się powstrzymać od patrzenia i słuchania.
Przyszło mi do głowy, że George nie czułby się taki skrępowany, gdyby mógł się stać niewidzialny, gdyby mógł obserwować, co robią dzieci i włączyć się do ich działań nie będąc przez nie widzianym. Nie mógł oczywiście zniknąć, ale mógł zrobić równie dobrą rzecz - zamaskować się, tak jak jego radiowy bohater, Lone Ranger.
Po kolacji zachęciłam George'a, żeby pomógł mi zrobić maskę z papierowej torby. Wycięliśmy oczy, nos, usta i trocheja pokolorowaliśmy, żeby ładniej wyglądała.
Przymierzył ją, spodobała mu się i kazał mi wciąż powtarzać: «Kim jest to zamaskowane dziecko?». Rozradowany odpowiadał: «Lone Ranger» albo «Pan Nikt», albo «Nie twoja sprawa», albo po prostu ryczał jak lew. Czasami zdejmował kaptur, żeby upewnić mnie, że to wciąż on. Nauczycielka George'a zgodziła się wypróbować mój plan, a tak naprawdę zrobiła o wiele więcej - sprawiła, że zaczął się sprawdzać. Powiedziała klasie, że nowe dziecko będzie nosić specjalną maskę i dzieci mają nie próbować jej zdejmować, a po prostu bawić się z zamaskowanym dzieckiem. Ku mojemu zdziwieniu, to niezwykłe podejście zadziałało. George mógł być częścią klasy, chociaż trochę z boku. Mógł sobie wyobrażać, że jest nie rozpoznany, jeżeli tego chciał i nie musiał się chować. Stopniowo zbliżył się do innych dzieci i wreszcie, po kilku tygodniach, wciągnęła go zabawa.
Pozostał w klasie przedszkolnej jeszcze jeden rok i jego pewność siebie wzrastała w miarę jak przywykał do tamtejszych zwyczajów. Mimo to ciągle jeszcze zakładał maskę każdego ranka przed zajęciami i zdejmował ją dopiero wtedy, gdy brat przychodził zabrać go do domu. Wielki dzień nadszedł, gdy pod koniec roku dzieci kończące swoją edukację w przedszkolu miały przedstawić rodzicom własne przedstawienie - cyrk.”

Ponieważ George uczestniczył już w czymś podobnym w poprzednim roku, dobrze wiedział, jak wygląda cała uroczystość. «Czy chciałbyś być gospodarzem cyrku?», zapytała nauczycielka. George podskoczył z radości. «George, wiesz o tym, że gospodarz cyrku nosi melonik i kolorowy kostium, ale nie ma maski», roztropnie ciągnęła nauczycielka. «Tak, że jeżeli chcesz być gospodarzem cyrku, będziesz musiał zamienić maskę na ten strój. Zgoda?»
I tak oto George stał się nie tylko częścią grupy, ale wiodącą postacią w cyrku, zachęcającą publiczność, żeby patrzyła na scenę i na niego. Nie potrzebował już maski. Stopniowo stawał się szczęśliwszym i zdrowszym dzieckiem. I chociaż nigdy nie był tak naprawdę ekstrawertykiem, wybrano go później do rady uczniowskiej w szkole średniej. "
Potrzeba noszenia na głowie przez półtora roku papierowej torby może się wydawać dziwaczna. Ale to genialne rozwiązanie pozwoliło George'owi stopniowo nawiązać kontakt z innymi i doprowadziło do tego, że pewnego dnia mógł zdjąć maskę i być sobą. Papierowa torba okazała się skutecznym ratunkiem dla skrajnie nieśmiałego dziecka. Inni nie mają tyle szczęścia - dorastają nigdy nie nauczywszy się, jak sobie radzić z tym dręczącym problemem.
Nieśmiałość jest rodzajem upośledzenia psychicznego, które może okaleczyć człowieka w takim samym stopniu, jak kalectwo fizyczne, a jego skutki mogą być niszczycielskie.

ü Nieśmiałość utrudnia poznawanie nowych ludzi, zawieranie przyjaźni, czy radość z potencjalnie pozytywnych przeżyć.
ü Przeszkadza w publicznej obronie własnych praw i wyrażaniu swoich opinii i wartości.
ü Nieśmiałość sprawia, że inni nie doceniają naszych mocnych stron.
ü Nieśmiałość przyczynia się do zakłopotania i nadmiernego przejmowania się swoimi własnymi reakcjami.
ü Utrudnia precyzyjne myślenie i skuteczne porozumiewanie się.
ü Nieśmiałości zazwyczaj towarzyszą takie negatywne stany, jak depresja, lęk i samotność.

Być nieśmiałym to bać się ludzi, szczególnie tych, którzy z jakiegoś powodu są emocjonalnie zagrażający: obcych, z powodu ich nowości i nieprzewidywalności, osób posiadających władzę, osób odmiennej
płci, które przywodzą na myśl możliwości związków intymnych. Zarówno George, jak i młoda dziewczyna, której zwierzenia rozpoczęły ten rozdział, czuli się zagrożeni ze strony dosłownie wszystkich. Stanowią oni dość dramatyczne przykłady nieśmiałości. Jednak różnorodne, może nieco mniej ostre, formy tego problemu utrudniają życie nam wszystkim.
Czy kiedykolwiek zdarzyło wam się przyjść na przyjęcie, które toczyło się już w najlepsze, i odkryć, że jedyną osobą, którą tam znacie jest gospodyni, a na domiar złego nie ma jej w polu widzenia? “Kim pan jest?", pyta ktoś, a wy nie potraficie z siebie wydobyć głosu. Albo, czy znaleźliście się kiedyś w grupie, której przywódca ochoczo zaproponował: “Poznajmy się lepiej - niech każdy się przedstawi i powie coś o sobie". Natychmiast czujecie się jak na próbie generalnej: “Nazywam się... (o cholera, no dobra)... Phil Zimbardo. Jestem... eh... osobą (nie, to nie jest wystarczająco osobiste - dlaczego nie poszedłem do kina?)". Jeszcze raz, bez zapału: “Nazywam się, uff... !!" Takie powszechne doświadczenia umożliwiają osobom, które nie są nieśmiałe, choć częściowo zrozumieć udrękę, jaką przeżywają nieśmiali. 1
Pomimo jej negatywnych skutków i intensywności, nieśmiałość można przezwyciężyć. Ale żeby móc to zrobić, trzeba poznać naturę nieśmiałości i zastosować odpowiednią metodę wykorzenienia jej przyczyn.

Co to jest nieśmiałość?

Nieśmiałość jest pojęciem nieostrym - im bliżej mu się przyglądamy, tym więcej odkrywamy odmian nieśmiałości. Zanim więc zaczniemy się zastanawiać, co z nią zrobić, musimy wiedzieć więcej o tym, czym ona właściwie jest. Słownik oksfordzki podaje, że najstarsze udokumentowane użycie tego słowa odnotowano w anglosaksońskim wierszu, napisanym około 1000 roku naszej ery. Słowo to oznaczało tam “łatwy do przestraszenia". “Być nieśmiałym" to znaczy być “trudnym w kontakcie z powodu bojaźliwości, ostrożności lub nieufności". Osoba nieśmiała jest “ostrożna i niechętna w kontaktach z pewnymi osobami i przedmiotami". “Ostrożna w kontaktach i działaniu, wzdragająca się przed okazywaniem pewności siebie, przewrażliwiona i bojaźliwa"; osoba nieśmiała może być “skromna i pełna rezerwy z powodu braku wiary we własne siły" lub też, według innego schematu, “o niejasnym charakterze, podejrzana, o wątpliwej uczciwości". Słownik Webstera definiuje nieśmiałość jako odczucie “skrępowania w obecności innych ludzi". Takie definicje niewiele chyba jednak wnoszą poza zupełnie zdroworozsądkową wiedzą. Żadna pojedyncza definicja nie może być adekwatna, gdyż nieśmiałość oznacza różne rzeczy dla różnych osób. Jest to złożona przypadłość, która pociąga za sobą całą gamę skutków - od lekkiego uczucia skrępowania, przez nieuzasadniony lęk przed ludźmi, aż do skrajnej nerwicy. Żeby lepiej zrozumieć to zjawisko, daliśmy do wypełnienia Stanfordzki kwestionariusz nieśmiałości prawie pięciu tysiącom osób.
Czy obecnie uważasz siebie za osobę nieśmiałą?
tak nie (Naprawdę?)
Jeżeli odpowiedziałeś “nie", to czy był kiedykolwiek w twoim życiu
okres, w którym uważałeś się za nieśmiałego?
tak nie

W naszych badaniach odsunęliśmy na bok kwestię dokładnej definicji nieśmiałości. Zamiast tego pozwoliliśmy każdemu przyjąć swoją własną definicję. Najpierw prosiliśmy o akceptację lub odrzucenie określenia “nieśmiały". Następnie chcieliśmy się dowiedzieć, co złożyło się na tę decyzję. Pytaliśmy badanych, jacy ludzie i sytuacje sprawiają, że czują się oni nieśmiali, a także jakie myśli, uczucia, działania i objawy fizjologiczne towarzyszą ich nieśmiałości. Jak widać z naszego kwestionariusza, zamieszczonego na str. 167, próbowaliśmy też dotrzeć do innych aspektów nieśmiałości. Jest to doświadczenie uniwersalne
Najbardziej podstawowym wnioskiem z naszych badań jest to, że nieśmiałość jest zjawiskiem pospolitym, szeroko rozpowszechnionym i uniwersalnym. Ponad 80% naszych badanych twierdziło, że byli “nieśmiali w jakimś okresie swojego życia", albo teraz, albo w przeszłości, albo zawsze. Ponad 40% spośród nich uważało siebie za “obecnie nieśmiałych", co oznacza, że cztery z dziesięciu osób, które spotykamy, lub 84 miliony Amerykanów, to nieśmiali.
Dla niektórych nieśmiałość od dawna jest stałym intruzem w ich codziennym życiu. Około 25% określała siebie mianem “chronicznie nieśmiały", teraz i zawsze. Spośród nich samotne 4%, prawdziwi “niezawodni" nieśmiali, stwierdziło, że ich samookreślenie się jako “nieśmiały" oparte jest na tym, że są nieśmiali cały czas, we wszystkich sytuacjach i praktycznie wobec każdego.
Powszechność nieśmiałości jest różna w różnych kulturach i u różnych typów osób. Nie znaleźliśmy jednak grupy ludzi, w której mniej niż 25% opisywałoby siebie jako “obecnie nieśmiały", a tak naprawdę w niektórych grupach, np. wśród uczennic młodszych klas szkół średnich lub studentów wywodzących się z niektórych kultur Dalekiego Wschodu, ta liczba wzrasta do 60%. Proporcja “absolutnie" nieśmiałych nigdy nie spada poniżej 2%, w żadnej z grup, które badaliśmy, a w niektórych, np. wśród Japończyków, może osiągnąć aż 10%.
Jednym z kryteriów, jakie osoby badane miały do dyspozycji podejmując decyzję nazwania siebie nieśmiałym było to, jak często czują się nieśmiali. Około jedna trzecia badanych uznała, że czują się nieśmiali co najmniej przez połowę czasu, w więcej niż połowie sytuacji. Ponad 60% twierdziło, że są nieśmiali tylko czasami, ale uważali te przypadki za wystarczająco znaczące, żeby określić siebie jako “nieśmiały". Można na przykład być nieśmiałym tylko w sytuacji, gdy zabiera się publicznie głos. Wystarcza to jednak, by spowodować poważne problemy, jeśli jest się zmuszonym do publicznego składania raportów, tak jak wielu studentów i ludzi biznesu.
Mniej niż 20% badanych stwierdziło, że nie określają siebie jako nieśmiałych. Cokolwiek nieśmiałość dla każdego z nich znaczyła, czuli, że nie jest ona ich osobistą cechą. Co jednak ciekawe, większość tych osób przyznawała, że na pewne sytuacje społeczne reaguje takimi objawami nieśmiałości, jak czerwienienie się, bicie serca i zdenerwowanie. Innymi słowy, w niektórych sytuacjach i w obecności niektórych osób badani ci reagowali tak, jak osoba nieśmiała - podobnymi myślami, odczuciami i działaniami. Osoby te, nieśmiałe sytuacyjnie, nie postrzegają siebie jako nieśmiałych. Uważają raczej, że niektóre sytuacje, np. wejście do pokoju pełnego nieznajomych, wywołują chwilowe zakłopotanie. To rozróżnienie pomiędzy tymi, którzy nazywają siebie nieśmiałymi, a tymi, którzy opisują jedynie swoje reakcje w pewnych sytuacjach słowem “nieśmiały", jest dość istotne. Przyjrzymy mu się bliżej w następnym rozdziale.
Stwierdzenie, że nieśmiałość jest doświadczeniem uniwersalnym, jest dość szerokim uogólnieniem, ale posiada solidne podstawy. Zaledwie 7% badanych Amerykanów twierdziło, że nigdy w życiu nie doznali uczucia nieśmiałości. Podobnie w innych kulturach, jedynie niewielka mniejszość twierdzi, że nigdy osobiście nie doświadczyła nieśmiałości.

Kto jest nieśmiały?

Nieśmiałość jest bardziej powszechna wśród dzieci w wieku szkolnym niż wśród dorosłych, gdyż wielu dorosłych potrafiło przezwyciężyć swoją dziecięcą nieśmiałość. Tym niemniej, nasze badania zdecydowanie obalają mit, że nieśmiałość jest przypadłością jedynie dziecięcą. Być może wydaje nam się ona bardziej oczywista u dzieci, gdyż podlegają one na ogół dokładniejszej codziennej obserwacji niż dorośli. Ale całkiem pokaźna część dorosłej populacji pozostaje nieśmiała. Wśród nich Robert Young, telewizyjny ulubieniec publiczności (Dr Marcus Welby):

“Zawsze byłem nieśmiały. Jako dziecko nawet bałem się nauczyciela. Potem wyrosłem na jednego z tych wysokich i chudych wyrostków, którzy nie dysponują ani urodą, ani wagą niezbędną do uprawiania futbolu i z tego powodu nie zostają automatycznie bohaterami liceum. Kiedy byłem nastolatkiem, to było ważne".

Istnieją pewne intrygujące dowody na to, że w wieku dojrzewania nieśmiałość dotyka bardziej dziewczęta niż chłopców, W próbie złożonej z uczniów szkół podstawowych (klas czwartych, piątych i szóstych) nieśmiałych było przeciętnie 42 procent badanych, tak jak w pierwotnym badaniu. W tej grupie liczba dziewcząt i chłopców określających siebie jako “nieśmiałych" była jednakowa. Kiedy jednak przyjrzymy się uczniom klas siódmych i ósmych, to nie tylko liczba nieśmiałych wzrasta do mniej więcej 52 procent, ale okazuje się, że to dziewczęta powiększają tę liczbę. Być może powodem jest to, że potrzeba bycia popularną i uważaną za atrakcyjną fizycznie (seksualnie) przez płeć odmienną jest silniejsza u nastoletnich dziewcząt niż u chłopców w tym wieku. Czternastoletnia dziewczyna tak pisze o dręczącym ją zakłopotaniu:

“Robię się bardzo zdenerwowana, głowa zaczyna mnie strasznie swędzieć i drapię się jak wariatka. Nie wiem, jak zachowywać się wśród ludzi. Inaczej zachowuję się w domu, a inaczej w szkole. Nawet nie ubieram się tak, jakbym chciała".

A z listu do Ann Landers możemy wyobrazić sobie położenie “poplątanej" nastolatki, która czuje się inna od swoich rówieśnic i chciałaby się stać taka, jak one - choć może jednak nieco bardziej wyjątkowa:

“Droga Ann Landers! Mam nadzieję, że nie wyrzucisz mojego listu tylko dlatego, że jest od poplątanej nastolatki. Naprawdę czuję się beznadziejna i potrzebuję pomocy. Mój problem polega na tym, że nie lubię swojej osobowości - próbuję być zbyt przyjacielska po to, żeby pokryć nieśmiałość i zachowuję się zbyt głośno. Zazdroszczę niektórym dziewczynom i chciałabym być taka jak one, ale kiedy próbuję, nic z tego nie wychodzi. W niektóre dni czuję się lubiana tylko dlatego, że jakiś chłopak powie mi “cześć" lub uśmiechnie się do mnie. Następnego dnia czuję się nieszczęśliwa, bo kilka dziewcząt zgromadziło się w jakimś kącie i myślę, że śmieją się ze mnie, za moimi plecami. Stopnie mam niezłe, ale mogłyby być lepsze. Mama mówi, że jestem niezorganizowana. Krzyczy na mnie, że poświęcam tyle uwagi swoim włosom zamiast lekcjom.
To jest mój czwarty list do Ciebie. Wszystkie poprzednie wyrzuciłam, ale ten wrzucę do skrzynki bez względu na wszystko. Inna".

Więcej jest nieśmiałych kobiet niż mężczyzn, prawda? Nieprawda! To jeszcze jedno fałszywe uogólnienie, oparte prawdopodobnie na spostrzeżeniu, że mężczyźni są zwykle bardziej stanowczy, agresywni i jednoznaczni w kontaktach społecznych. Z naszych danych wynika, że nie ma różnic między płciami, jeśli idzie o ilość osób nieśmiałych. W rzeczywistości, wśród studentów nieco więcej mężczyzn niż kobiet określa siebie jako nieśmiałych. Jednak ta niewielka różnica między płciami przedstawia się inaczej wśród nie-studentów i zależy od przynależności kulturowej (patrz: tabela podsumowująca w przypisach).
Nieśmiałość wędruje tajemniczymi szlakami, dotykając nawet tych, którzy nigdy przedtem nie byli nieśmiali. Świeżo upieczeni nieśmiali stanowią prawie połowę wszystkich nieśmiałych. Wielu z nich to młodzi ludzie, którzy nie byli nieśmiali jako dzieci, ale ostatnio z jakichś powodów takimi się stali.
Nieśmiałość można jednak zwalczyć, odsunąć na bok lub z niej wyrosnąć. Około 40% badanych twierdzi, że byli nieśmiali, ale już nie są, co wydaje się pocieszającym wskaźnikiem. Opierając się częściowo na doświadczeniu tych byłych nieśmiałych, możemy spróbować coś doradzić osobom, które są nieśmiałe obecnie lub chronicznie.

Jak nieśmiałość wpływa na ludzi?

Powoli zaczynamy choć trochę rozumieć nieśmiałość. Nie możemy wprawdzie dokładnie jej zdefiniować, ale wiemy, że jest zjawiskiem powszechnym. Kolejną wskazówką do zrozumienia tego złożonego stanu może być zbadanie, jak nieśmiałość wpływa na różne osoby. Nieśmiałość obejmuje szerokie kontinuum psychologiczne: od okazjonalnego uczucia skrępowania w obecności innych ludzi do traumatycznych okresów lęku, które całkowicie niszczą życie jednostki. W przypadku niektórych osób nieśmiałość wydaje się być świadomie wybranym stylem życia, dla innych stanowi dożywotni wyrok bez szans na ułaskawienie.
Na jednym końcu kontinuum znajdują się osoby, które czują się lepiej wśród książek, myśli, przedmiotów lub przyrody niż wśród innych łudzi. Pisarze, naukowcy, wynalazcy, odkrywcy i przyrodnicy wybrali być może taką, a nie inną pracę, bo pozwala im ona na spędzanie większości czasu w świecie, gdzie ludzi nie spotyka się zbyt często. Są oni w większości introwertykami, a obcowanie z innymi pociąga ich w niewielkim stopniu w porównaniu z ich potrzebą prywatności i samotności. Tak jak Greta Garbo, wolą być sami.
Rzeczywiście wiele osób odkrywa dziś na nowo atrakcyjność samotnego życia, jakie wiódł Thoreau nad stawem Walden, Ale nawet w tym wąskim przedziale kontinuum nieśmiałości istnieją różnice między tymi, którzy stosunkowo łatwo nawiązują kontakt z innymi wtedy, kiedy jest to konieczne, a tymi, dla których interakcja stanowi trudność, gdyż nie umieją prowadzić zwykłej codziennej rozmowy o niczym, występować przed grupą, tańczyć, czy bez napięcia poradzić sobie z oficjalną kolacją.
W środkowym przedziale nieśmiałości znajduje się większość nieśmiałych ci, którzy czują się zakłopotani i onieśmieleni w pewnych sytuacjach, w kontaktach z pewnymi kategoriami ludzi. Ich skrępowanie jest tak silne, że zakłóca ich życie społeczne i wpływa hamująco na ich zachowanie, sprawiając, że powiedzenie tego, co myślą lub zrobienie tego, co chcieliby zrobić, staje się trudne lub niemożliwe.
Ten rodzaj lęku może przybrać postać czerwienienia się lub widocznego zakłopotania, jak opisuje to młody człowiek zajmujący kierownicze stanowisko w biznesie:

“Przez trzydzieści trzy lata mojego życia nadmiernie się rumieniłem, co było szczególnie obezwładniającym symptomem nieśmiałości. Choć dzięki energii i wytrwałości zdobyłem stopień magistra w dziedzinie zarządzania i posadę wiceprezesa dużego towarzystwa akcyjnego grupującego wiele banków, ilość energii marnotrawiona z powodu nieśmiałości niewątpliwie przeszkadzała mi w awansie zawodowym".

Skrępowanie może się też ukrywać za zachowaniami, które odpychają ludzi, jak opisuje to pewien pisarz:

“Wtrącam się, zakłócam rozmowy, paplę bez przerwy, dając się innym we znaki i robiąc z siebie głupka, wychodząc na człowieka niewrażliwego na innych, a wszystko to z tych samych powodów, dla których inni usiłują wtopić się w tło. Mój strach przed byciem wśród ludzi nie jest mniejszy, ani moje problemy nie są mniej poważne niż tych, którzy starają się ze wszystkich sil upodobnić do wzoru na tapecie".

Nawet Melvin Belli, prawnik z San Francisco, znany ze swoich pełnych ekspresji wystąpień na sali sądowej, przyznaje, że nie tylko “często był nieśmiały" ale że “nauczył się kwiecistego stylu, żeby ukryć nieśmiałość".
Skoro taka sama przyczyna nieśmiałości - strach przed ludźmi - wywołuje tak różne reakcje, zachowanie danej osoby nie zawsze jest rzetelnym wskaźnikiem tego, jak bardzo jest ona w rzeczywistości nieśmiała. Nieśmiałość często przejawia się w naszym zachowaniu, ale niekoniecznie w bezpośredni i oczywisty sposób. Tak naprawdę, nieśmiałym jest ten, kto myśli, że nim jest, niezależnie od tego, jak zachowuje się wobec innych ludzi.
Osoby znajdujące się w środkowym przedziale kontinuum nieśmiałości są zwykle nieśmiałe, ponieważ brakuje im umiejętności społecznych lub wiary w samych siebie. Niektórzy nie posiadają umiejętności społecznych niezbędnych do tego, by mechanizm stosunków społecznych funkcjonował w ich przypadku bez zarzutu. Nie umieją zacząć rozmowy, poprosić o podwyżkę, czy przemówić na forum klasy. Innym brak pewności siebie potrzebnej do zrobienia tego, co uważają za słuszne. Poniższa relacja młodej kobiety, którą nieśmiałość zmusiła do rezygnacji ze studiów prawniczych, pokazuje, co brak pewności siebie może uczynić nawet z bardzo inteligentną osobą.

“Rozpoczęłam studia prawnicze we wrześniu, zdając egzamin wstępny z bardzo dobrym wynikiem, ze średnią z college'u bliską A. Trzy wydziały prawa przyjęły moje podania bez żadnych trudności. Ale zrezygnowałam jeszcze zanim upłynął pierwszy semestr. Wycofałam się nie dlatego, że nie chciałam poświęcać tak wiele czasu na naukę, ale dlatego, że jestem tak nieśmiała, że nie mogłam znieść siedzenia na zajęciach i modlenia się o to, żeby nie zadano mi żadnego pytania. Naprawdę tak było, mimo że przygotowywałam się do zajęć i umiałam odpowiedzieć na pytania".

Na skraju kontinuum nieśmiałości znajdują się te osoby, których strach przed ludźmi nie ma granic - nieśmiali chronicznie. Doświadczają oni przemożnego strachu, gdy prosi się ich o zrobienie czegoś na oczach innych ludzi, a wszechogarniający lęk czyni ich tak bezradnymi, że jedyną możliwością staje się ucieczka i ukrycie się. Tak paraliżujące konsekwencje skrajnej nieśmiałości nie występują wyłącznie u młodzieży. Nie znikają też z upływem czasu. Tak pisze sześćdziesięcioczteroletnia kobieta:

“Przeżyłam całe życie będąc nieśmiałą. Upłynęły lata zanim zaakceptowałam siebie na tyle, że ktoś mógł pomyśleć, że nadawałabym się na jego żonę. Czułam «e nieprzystosowana, niedostatecznie dobra. Uważano mnie za antyspołeczną. Nie umiałam się odprężyć w obecności innych łudzi, Nigdy me przyjmowałam przyjaciół mojego męża. Obawiałam się, że uznają mnie za kiepską, za “nieszczęśliwą kobietę". Tak wiec me podejmowałam ich, wolałam pozostać nieznana. W końcu zostałam wykluczona poza nawias, nikt mnie nie lubił, nie wyłączając mojego męża. Rozwiódł się ze mną i taki był koniec".

W najgorszych przypadkach nieśmiałość może przerodzić się w poważną postać nerwicy, paraliż umysłu, którego efektem może być depresją i który może znacząco wpłynąć na decyzje, o samobójstwie. Pewna kobieta interesu, określająca samą siebie jako atrakcyjną, młodo wyglądającą pięćdziesięciolatka, tak oto zareagowała na radiową dyskusję o nieśmiałości^ dając wstrząsający wgląd w swoją psychikę:

“Jestem 'tak samotna, że trudno w to uwierzyć. Żyję w kompletnym odosobnieniu, bez żadnego przyjaciela, ani kobiety, ani mężczyzny. Wiele razy zostałam oszukana i moje doświadczenie życiowe sprawiło, że stałam się nieszczęśliwa i zgorzkniała. Spędzam wakacje w zupełnej samotności. Jest to dla mnie okres wielkiego smutku i depresji, i coraz bardziej boję się każdych nadchodzących wakacji, ponieważ wzmagają one moją samotność w czasie, który większość ludzi spędza w towarzystwie przyjaciół i krewnych. Często myślę o tym, by skończyć ze sobą, ale brak mi odwagi".

Dla tych ludzi, i dla osób z każdego przedziału kontinuum, nieśmiałość jest osobistym problemem. Nie drobnym stanem zapalnym, nieistotnym zaburzeniem, lecz prawdziwym problemem.

Dobre strony nieśmiałości

Choć wiele z tych liczb i opowieści rzeczywiście niepokoi, musimy pamiętać, że nieśmiałość ma też swoje dobre strony. 10 do 15% osób nieśmiałych lubi swój stan. Woła być nieśmiali, ponieważ odkryli zalety nieśmiałości.
“Pełen rezerwy", “małomówny", “bez pretensji", “skromny" - wszystko to są określenia nieśmiałości zawierające pozytywne konotacje. Co więcej, gdy nieśmiałości nada się trochę oglądy, taka nieśmiała osoba jest często uważana za “wyrafinowaną" i “z klasą". Jako typowe przykłady takich osób z gatunku “Wolałbym być nieco nieśmiały" można przytoczyć Davida Nivena, księcia Karola, Katherine Hepburn, czy Jacąueline Onassis.
Pewien brytyjski psycholog, piszący w 1927 roku, proponuje wspaniałe spojrzenie na zalety nieśmiałości:

“Nieśmiałość jest tak powszechna, przynajmniej w tym kraju, że skłonni jesteśmy akceptować ją jako coś wrodzonego, jako cechę typową dla uroku młodości, a gdy utrzymuje się w późniejszych latach, jako przejaw pewnej subtelności charakteru. Wydaje się nawet, że jest to cecha składająca się na temperament narodowy, i może nie należy nad nią tak do końca ubolewać".

Nieśmiałość sprawia, że robimy wrażenie dyskretnych, poważnych introspektywnych. Zwiększa także nasz obszar prywatności i sprawia, że możemy cieszyć się przyjemnościami, które możliwe są tylko w samotności. Nieśmiali nie onieśmielają, ani nie ranią innych tak jak mogą to robić osoby silne i apodyktyczne. Isaac Bashevis Singer wyraża to w taki sposób:

“Wydaje mi się, że ludzie nie powinni przezwyciężać nieśmiałości. Jest to zamaskowane błogosławieństwo. Osoba nieśmiała jest przeciwieństwem osoby agresywnej. Nieśmiali rzadko są wielkimi grzesznikami. Pozwalają społeczeństwu żyć w spokoju".

Inną zaletą nieśmiałości jest to, że osoba nieśmiała może do swoich kontaktów z ludźmi podchodzić bardziej wybiórczo. Dzięki nieśmiałości możemy stanąć z boku, obserwować, a potem działać ostrożnie i z pełną świadomością. Nieśmiali mają również bezpieczne poczucie, że nikt nie uzna ich za nieprzyjemnych, zbyt agresywnych lub pretensjonalnych. Osoba nieśmiała może też łatwo uniknąć konfliktów interpersonalnych i, w niektórych przypadkach, może być ceniona jako dobry słuchacz.
Szczególnie interesującym pozytywnym efektem nieśmiałości jest zapewniona dzięki niej anonimowość i ochrona. Nieśmiałość sama w sobie może służyć jako maska, która sprawia, że osoba nieśmiała pozostaje nie zauważona i nie wyróżnia się z tłumu. W warunkach anonimowości ludzie często czują się wyzwoleni z okowów tego, “muszą", czy “powinni" robić. Zachowują się w sposób wolny ograniczeń narzuconych przez konwencje społeczną. Jako przykład] mogą tu służyć okazje takie jak Ostatki, czy Halloween, kiedy te anonimowość masek i kostiumów przyczynia się do widocznych zmian) osobowości.
Także moja matka intuicyjnie wiedziała, że ukryty za maską, mój nieśmiały brat będzie się czuł swobodniej. Dla innych dzieci nie był] oczywiście w żadnym stopniu anonimowy. Ale jego perspektywa była inna niż ich; a dla zrozumienia nieśmiałości najważniejsze jest subiektywne odczucie.
Pytając ludzi o nieśmiałość pozwoliliśmy im zdefiniować ją i mówić j o niej tak, jak sami ją widzą. Wiemy teraz, że nieśmiałość jest) powszechna, często jest problemem niosącym ze sobą niepokój i smutek, ale też, że dla niektórych jest stanem poszukiwanym. Decyzja o tyraj żeby nazwać siebie nieśmiałym jest częściowo zdeterminowana przez to jak często czujemy się nieśmiali i od jak dawna jesteśmy siedliskiem tych j lęków. Jakie jednak przeżycia osobiste ukryte są za tą etykietą? Jaka jest j psychologia nieśmiałości? Dowiemy się tego z następnego rozdziału.